Tomasz Misiewicz krytyk
"Sunny Dancer" powinien skłonić widzów do licznych wzruszeń wyrażonych w zapłakanych afektach
"Jest zacięta jak zepsuty suwak." - ubolewa mama nastoletniej Ivy. Dziewczynka właśnie przebyła białaczkę. Chwilowo choroba zatrzymała postępy. Rodzice planują wysłać córkę na obóz dla młodzieży zmagającej się ze zdrowotnymi dolegliwościami. Ivy jest krnąbrna i wrogo nastroszona wobec dyrektyw rodzicielskich. Zwłaszcza mama potrafi nieraz słownie przeholować. Ivy nie kryje zażenowania słysząc "suchary" wypowiedziane w gronie rówieśniczym. Rodzicom udało się jednak ulokować córkę pośród licznych obozowiczów. Początkowo pozornie obce grono okaże się dla Ivy całkiem bliskie. Wszyscy tu zmagają się ze swoimi problemami, maskując własne słabości przesadną fanfaronadą. Ivy zaprzyjaźni się z dość bezpośrednią Ellą. Współlokatorka nie kryje apetytów budzącej się w niej kobiecości. Dziewczyna marzy o inicjacji z nieco starszym instruktorem. Pozostali kuracjusze także nie myślą o utrapieniach leczniczych. Bardziej zajmują ich plany z natury przypisane temu przedziałowi wiekowemu. Nastolatki chcą się bawić, cieszyć życiem, konsekwentnie uciekają spod reżimu kolonijnego.
"Czas odpiąć boczne kółka." - rozkręca sie Ella. Całe towarzystwo nie przejawia skłonności do umartwiania. A przecież w tym miejscu niektórzy są już weteranami, stałymi bywalcami, którzy ciągle łudzą się nadzieją, iż to będzie już ten naprawdę ostatni raz. Choroba ma tendencje recydywy. Młodzież wraca więc tam, gdzie rodzą się iluzje porzucenia stanów niemocy. Rygorystyczni nadzorcy przypominający swoim podopiecznym o rzeczywistych powodach tutejszej terapii skazani są na rolę natrętnych mentorów. "Byłam mało popularna." - mówi zdławionym głosem Ivy dokwaterowana do łapczywej wrażeń Elli. W miarę trwania turnusu proporcje się wyrównają. Zakompleksiona Ivy pozna zahukanego Jake'a. Przebojowa Elle zawiedzie się na pozornie atrakcyjnym instruktorze, w którym pokładała przesadne oczekiwania osobiste. Grupa jednak konsoliduje się. Wszyscy chcieliby odhaczyć dwa tygodnie w wesołej atmosferze wyzbytej rutynowych czynności rehabilitacyjnych. "Wyszczekana" Ivy z brzydkiego kaczątka wyrasta pośród tej kompanii na najbardziej pożądaną towarzyszkę podróży w nieznane.
"Sunny Dancer" przybiera pozory kina obliczalnego i bezpiecznego. Tematyka tu podjęta do łatwych jednak nie należy. Można wraz z nią udać się w rejony cierpiętnicze lub przesadnie landrynkowe. George Jaques wybrał eskapadę bliższą tej drugiej konwencji, ale przeplótł ją elementami właściwymi pierwszej. Gotowych wniosków reżyser przezornie się wystrzegł. Adresatami jego opowieści mogą zostać wszak nie tylko widzowie przypadkowi, lecz także dotknięci opisanym tu problemem. Ich przecież mimo najlepszych chęci nie przekona argument, że optymalną formą niezgody na dewastacyjną chorobę jest profilaktyczne odpięcie bocznych kółek. "Sunny Dancer" zgrabnie się zatem wymknął pułapkom, jakie czekały na jego realizatorów świadomych podjętego tu ambitnego wyzwania.
"Masz coś do wysuszenia?" - oferuje swoją pomoc rozwieszająca pranie Ivy. Dziewczyna pytanie kieruje do rozgrzanej w namiętnych niedopieszczeniach Elli. "Cała jestem sucha niczym pisia zakonnicy." - westchnie zawiedziona obrotem spraw współlokatorka. "Sunny Dancer" powinien skłonić widzów do licznych wzruszeń wyrażonych w zapłakanych afektach. Tym potrzebom film George Jaques'a wyjdzie szczodrze naprzeciw. "Suchary" wypowiedziane w trakcie tej peregrynacji mimo wszystko nie sprawią, by "Sunny Dancer" miano potraktować jako bałwochwalczy hymn radości rozwinięty wbrew okrutnym okolicznościom beznadziejnej niedoli.
Dziękujemy za seans sieci Cinema City