Gracjan Mikitin krytyk
Kilka trafionych gagów ratuje całość, ale brak spójności i słaby scenariusz sprowadzają film do roli przeciętnego wypełniacza czasu.
"Balls Up" to komedia, która od pierwszych minut jasno komunikuje swoje ambicje i problem polega na tym, że są one zaskakująco skromne. Film Petera Farrelly'ego, czyli tego samego, który dał nam oscarowy "Green Book", bywa momentami zabawny, ale równie często sprawia wrażenie projektu opartego na jednym żarcie, który został rozciągnięty do pełnego metrażu.
Punktem wyjścia jest historia dwóch marketerów próbujących sprzedać absurdalny pomysł sponsorskiej kampanii związanej z mundialem. Splot niefortunnych wydarzeń, w tym alkoholowy incydent, uruchamia serię komplikacji, zmuszając bohaterów do lawirowania między kompromitacją a próbą uratowania kariery. Konstrukcja fabularna opiera się więc na klasycznym schemacie, w którym jedna katastrofa prowadzi do kolejnej, bez większych ambicji pogłębienia relacji czy motywacji postaci.
Reżyseria Farrelly'ego jest tu przede wszystkim funkcjonalna. Tempo narracji pozostaje wysokie, co z jednej strony ogranicza momenty znużenia, ale z drugiej skutecznie maskuje braki scenariuszowe, bowiem film nie daje widzowi czasu na zadawanie pytań o logikę wydarzeń. Montaż podporządkowany jest rytmowi gagów, a nie dramaturgii i zdarza się tak, że kolejne sceny kończą się nagle, gdy tylko wyczerpią potencjał żartu. Zresztą twórcy nie szukają dodatkowych środków wyrazu poza dialogiem i sytuacyjnym absurdem.
Największe problemy ujawniają się w scenariuszu. Humor jest wyraźnie nierówny. Obok pojedynczych, trafionych sekwencji (jak scena karaoke, która dzięki precyzyjnemu timingowi faktycznie działa) pojawiają się długie fragmenty opierające się na wymuszonych i przewidywalnych gagach. Konstrukcja postaci jest szkicowa - bohaterowie funkcjonują głównie jako nośniki żartów, bez wyraźnego łuku rozwojowego. Relacja między głównym duetem, kluczowa dla tego typu komedii, nie zyskuje odpowiedniej chemii a interakcje sprawiają wrażenie mechanicznych, pozbawionych wręcz naturalnej dynamiki.
Film dodatkowo cierpi na brak konsekwencji w budowaniu świata przedstawionego. Pojawiające się detale, jak absurdalne decyzje dotyczące realiów turnieju piłkarskiego, podważają wiarygodność nawet w obrębie konwencji, która przecież z definicji dopuszcza przerysowanie. Problem polega na tym, że "Balls Up" nie tyle świadomie igra z absurdem, co raczej ignoruje podstawową spójność, licząc na to, że widz przymknie oko.
Ton filmu również pozostaje niejednorodny. Z jednej strony twórcy celują w bezpretensjonalną, momentami rubaszną komedię, z drugiej próbują wprowadzać elementy satyry na marketing czy kulturę korporacyjną. Te wątki nie zostają jednak rozwinięte, przez co funkcjonują jedynie jako pretekst. Najlepiej działa film wtedy, gdy całkowicie porzuca ambicje i oddaje się czystemu, absurdalnemu humorowi, no ale problem w tym, że takich momentów jest niewiele. Pojawienie się bardziej wyrazistych postaci epizodycznych chwilowo ożywia narrację, ale nie jest w stanie zmienić ogólnego wrażenia niespójności.
"Balls Up" to produkcja, która świadomie rezygnuje z jakościowej ambicji na rzecz lekkiej rozrywki. Tyle że nawet w tej kategorii pozostaje nierówna - zdolna do pojedynczych celnych żartów, lecz zbyt często opierająca się na schematach i improwizowanej energii, która nie przekłada się na trwały efekt. To film do obejrzenia i zapomnienia, który nie irytuje tak bardzo, jak mógłby, ale też rzadko daje powód, aby się nim zainteresować.