Będzie „La grazia” syrenim śpiewem za bytem nieistniejącym, zapewne oczekiwanym, lecz zbyt mglistym. 7
Włoski prezydent kończy powierzoną mu kadencję. Przez bliskich dostojnik jest nazywany „Żelbetem”. Wybraniec narodu trzyma się ściśle uniwersalnych zasad etycznych. Dobre relacje z papieżem też pomogą prezydentowi uniknąć zejścia z wiarołomnej ścieżki publicznego posłannictwa. „Łaska przywilejem wątpienia” – podpowiada zawsze czujne sumienie. Osobisty ochroniarz pozostaje pod osobistym urokiem formatu szefa. Kiedy przełożony da zgodę, podwładny pozwoli sobie na osobistą wycieczkę polemiczną. „Czy mogę pana skrytykować?” - pyta ochroniarz. „Tak, ale oględnie” - wydłuża skrócony dotąd dystans prezydent. „Jest pan zanadto inteligentny” - wykaże się „odwagą” oficer wydelegowany do opieki nad głową państwa. Słowa te, oprócz oczywistego serwilizmu pracownika biura rządowego, mają dowodzić przesadnej skłonności do dzielenia włosa na czworo, od jakiej nie jest wolny prezydent włoskiej republiki. „Żelbet” dobiega kresu kadencji na nieco jałowym biegu. Wszystko, co postanowi w końcowym etapie prezydentury dostojnik, przejdzie do historii. Na biurku leży odkładana, od dawana gotowa do parafowania ustawa o eutanazji. Córka, która jest jednocześnie szefową działu prawnego kancelarii prezydenta, namawia go do podpisania tego aktu. „Miłość jako alibi dla śmierci….” - hamletyzuje polityk.
„A co na to papież?” - wzmaga wątpliwości szefa jego podwładny. Prezydent spotyka się z ojcem świętym i sugestie głowy Watykanu też zapewne zostaną wzięte pod uwagę. „Gdy się modlę, zasypiam” - zwierza się najbliższej powierniczce w prywatnej rozmowie polityk. Coco Valori była przyjaciółką rodziny zanim jeszcze obecny prezydent nim został. Ekstrawagancka kobieta nie gryzie się w język. Coco jest przedstawicielką świata kultury. Wobec przyjaciela może sobie pozwolić na więcej niż kamaryla prezydencka. To od Valori będzie się starał mężczyzna wydobyć informację, z kim zdradziła go czterdzieści lat temu ukochana żona. To wspomnienie nie daje spokoju bliskiemu emerytury człowiekowi. A przecież na biurku spoczywa jeszcze ustawa o eutanazji, której nie sposób zlekceważyć. Znajdą się tu także liczne wnioski o ułaskawienie. Litości dopomną się ci, którzy w akcie desperacji „ulżyli” swoim bliskim, arbitralnie skracając ich wegetacje. To aż nazbyt wiele kłopotów jak na kończącą się karierę zmęczonego starca.
Paolo Sorrentino dotąd zdążył się niejednokrotnie narazić establishmentowi politycznego „świecznika”. Jednocześnie włoski bon vivant kina zyskał patent kogoś, mającego predyspozycje rozgrzania dyskusji nad tematyką dotąd nie tykaną, starannie omijaną, kontrowersyjną. Tym razem reżyser obrazoburca kreśli postać wyimaginowanego lidera, zgoła nie zabiegającego o swoje wygody, któremu pozostała do do odhaczenia już jedynie misja przejścia do historii w aureoli męża stanu. Długo by szukać polityka idealisty w historii Włoch, który miałby podobne dylematy i predyspozycje. Może De Gasperi byłby odpowiednim kandydatem na protoplastę bohatera tej opowieści. Bo przecież nie Andreotti, ani tym bardziej Berlusconi. Będzie więc chyba La grazia syrenim śpiewem za bytem nieistniejącym, zapewne oczekiwanym, lecz zbyt mglistym. Łzawą satyrą na świat, który nie powróci, bo gdyby zdołał, zderzyłby się z bezlitosną prawdą czegoś znacznie gorszego niż rozterki nad ważną, ale wszak niezbyt kluczową dla ludzkości ustawą. Świata, jaki sam zapewnia programową eutanazję ludziom wysyłanym na rozmaite fronty. Remedium mogłaby być w takich razach szczera modlitwa. Cóż po niej jednak, skoro łatwo w jej trakcie zasnąć, marząc o świecie idealnym?
