Tomasz Misiewicz krytyk
"Erupcja" pozostanie niespełnionym rejsem wyładunkowym, który zacumuje w porcie pośrednim, z jakiego projekt w reżyserii Pete Ohs nijak nie potrafi ruszyć w dalszą żeglugę.
Drogi Leny i Bethany już kiedyś się przecięły. Pierwsza jest Polką, druga Angielką. Kobiety w swoich nieokreślonych poszukiwaniach własnego miejsca na ziemi wpadały na siebie. Połączyło je coś więcej niż wzajemna sympatia. Teraz Bethany przyjechała do Warszawy z chłopakiem, który podjął śmiałe plany wobec towarzyszki podróży. Obrączka została kupiona i czeka na właściwy moment jej wręczenia. Póki co para przemierzy warszawskie zakątki, znajdując tam podobnych sobie entuzjastów nieodkrytego jeszcze na europejskim szlaku miasta. Bethany zapewnia, iż to genius loci przedstawia większą wartość romantyczną niż Paryż. Gdzie więc miałby Rob wyznać swojej ukochanej dozgonne uczucie, jak nie tutaj. Bethany wpadnie w Warszawie na swoją dawną przyjaciółkę. Lena prowadzi na Pradze kwiaciarnię, lub w modernistycznej nomenklaturze - zakład florystyczny. Dawna, chyba niezdyskontowana, fascynacja jednak nie wygasła. Dziewczyny zbliżają się do siebie. Zwykle, gdy się przedtem spotykały, na świecie dochodziło do erupcji jakiegoś wulkanu. Dla obu już nie tak młodych kobiet to symboliczna wskazówka. Lena nie ułożyła sobie życia osobistego, choć w jej kręgu krzątają się osoby chętne wypełnić tę lukę. Bethany stoi na progu kluczowej decyzji sercowej. "Tu nie ma erupcji" - tłumaczy Lenie swoją zwłokę w wyjściu naprzeciw "obrączkowym" planom Roba.
Rob wyszedł z przyjęcia, na którym pojawił się z Bethany. Nazbyt swobodna atmosfera nie odpowiadała zdecydowanemu na ślub Anglikowi. Melanż zorganizowany podczas wernisażu obiecującego malarza Clauda wymknął się poniekąd spod kontroli. Liczne używki dodatkowo rozluźniły klimat domowego party. Co więcej, Bethany właśnie spotkała Lenę. Dawny płomień niezdefiniowanej sympatii rozgorzał z nieskrywaną siłą. Rob poczuje się odtrącony i w niniejszej konstelacji towarzyskiej wręcz zbędny. Widać, iż w tym świecie chłopak wyda się ewidentnie wyobcowany. "Zaczęta..." - niezgrabnie wymawia Rob nazwę najbardziej znanej galerii sztuki w Polsce. Bethany utwierdza się w przekonaniu, że w tym związku erupcja już raczej nie nastąpi. Dziewczyna szuka zatem tylko pretekstu, jak się pozbyć zbyt zaangażowanego we wzajemny układ kłopotliwego adoratora. Obrączka odtąd stanie się dla obojga wstydliwym obciążeniem. Rob uprzednio zarezerwował knajpę, gdzie miałby się dokonać doniosły akt założenia na palec drogiego przedmiotu. Z obu okoliczności należało będzie się szybko wycofać. Ale nawet oferta złożona komuś bliskiemu, by ten zapobiegawczo skorzystał z zarezerwowanego stolika w modnej knajpie nie spotka się z odzewem.
Twórcy Erupcji zgodnie przyznali, że ich film powstał niejako w biegu, zaś dialogi tu krążące są bardziej efektem sytuacyjnej improwizacji niż sumą wcześniejszych zamierzeń. Gorzej, iż również całościowa koncepcja filmu wcale nie podąża do jakiejś sensownej konstatacji. Erupcja pozostanie zatem niespełnionym rejsem wyładunkowym, który zacumuje w porcie pośrednim, z jakiego projekt w reżyserii Pete Ohs nijak nie potrafi ruszyć w dalszą żeglugę. Owszem, nie sposób odmówić zwiewności kadrom, jakie całkiem ładnie potowarzyszą bohaterom w odkrytych zakątkach martyrologicznie kojarzącej się Warszawy. Z tej panoramy niezbyt zobowiązujących pasaży wynika jednak chyba tylko coś na kształt przewodnika wizualizującego potencjalne walory miasta, które oferuje europejski sznyt oraz swobodnie tu zadomowionych młodych ludzi przedkładających miejscowe zaskoczenia nad paryską romantyczność.