Tomasz Misiewicz krytyk
Film zachował batalistyczny rozmach, dialogową zwiewność, świetne aktorskie kreacje. A wszystko to niedościgłe w czasach, gdy nad kinematografią polską nie ciąży już widmo politycznej cenzury
"Gazownia, elektrownia, ale Barany?" - nie może opanować zaskoczenia członek ruchu oporu. Niedawno dogasło powstanie warszawskie. Kolumny radzieckie rozpoczynają ofensywę styczniową. Pierwsze oddziały Frontu Ukraińskiego podciągnęły pod Kraków. Do polskiej konspiracji docierają sygnały o tym, że Niemcy zaminowali dawną stolicę Polski. Jest styczeń 1945 roku. Wizja hekatomby kolejnego miasta spędza sen z powiek świadomych tego zamierzenia mieszkańców grodu Kraka. Uciekający okupant zaminował ważniejsze obiekty strategiczne. Gazownia i elektrownia naturalnie znalazły się na tej liście. Ale główny rynek sąsiadujący z kościołem Mariackim nie przedstawia wartości bojowej. Czemu Niemcy więc planują ich detonację? "Barbarzyńcy pod bramami." - grzmi Hans Frank, szef administracji cywilnej Generalnego Gubernatorstwa. Polacy mają jednak dość pięcioletniej okupacji niemieckiej. Pół dekady rozstrzeliwań, obozów koncentracyjnych, łapanek i tortur sprawił, iż przestrogi przed radzieckimi hordami sunącymi ze wschodu na nikim nie robią wrażenia. "Deutschland kaput." - tej treści dodatkowe pieczątki stawia na listach wysyłanych w głąb Rzeszy pracownik poczty krakowskiej szykujący się do wyzwolenia miasta.
"U nas powstania nie będzie." - pocieszają się obywatele Krakowa. Jeśli miasto ma być wyzwolone, nie obejdzie się jednak bez wymiany strzałów. "A Zamość, Sandomierz..." - wymienia prastare polskie miasta znajdujące się na zwycięskim szlaku oficer radziecki. "Przecież nie zostały zburzone." - uzupełnia swą myśl czerwonoarmista. Zdobycie z marszu wielkiej metropolii tylko przy użyciu karabinów wydaje się wizją straceńczą. Znacznie ważniejsze z punktu militarnego jest dla sowietów górnośląskie zagłębie przemysłowe. Kraków można więc ominąć i nie mitrężyć na jego zdobycie poważnych sił, które przydadzą się gdzie indziej. Na niemieckie tyły zrzucony został desant dwójki wywiadowców radzieckich. Mają oni nawiązać łączność z zapleczem frontu oraz informować o planach obrony. Akowska konspiracja przetrzebiona upadłym niedawno powstaniem próbuje nie powielić błędów organizacyjnych wcześniej popełnionych. Zwykli obywatele nastawiając się na najgorsze. Niemcy fortyfikują miasto, sami jednak szykując sobie bezpieczne sposoby ewakuacji. "W wolnej Polsce pod sąd." - deliberują oficerowie AK nad przypadkiem jakiegoś zdrajcy. "W jakiej wolnej? Przecież tu przyjdą ruscy." - pokłócą się po chwili.
Jan Łomnicki, zasłużony dokumentalista, a także twórca kilku monumentalnych dzieł kinematografii fabularnej, nakręcił w roku 1976 film odbierany dziś niejednoznacznie. Z jednej strony zarzucą mu obecni bohaterowie ostatniej godziny fałszerstwa, a w najlepszym razie manipulacje historyczne. Oto dwójka enkawudowskich zrzutków przybiera oblicze najbardziej poczciwe, wręcz przyjazne wobec przyszłych ofiar. A przecież to towarzysze szpiegów z pepeszami wyłapywali po wojnie, mordowali i zsyłali na Syberię polskich patriotów. Marszałek Iwan Koniew sprawia w filmie wrażenie, jakby los zabytków krakowskich był dla niego ważniejszy niż rozkazy Józefa Stalina. Komuniści stanowią w filmie Ocalić miasto decydującą i autonomiczną, wbrew faktom, siłę polskiego ruchu oporu. Z drugiej strony udało się Łomnickiemu przemycić wcale pokaźne na owe lata prawdy o wojennej rzeczywistości. "Wy pracujecie dla sowietów, nie dla Polski." - oznajmia major "Łysy" z AK oburzonemu na te słowa przedstawicielowi PPR. Pół wieku temu, gdy robotnicy Radomia i Ursusa przebiegali zomowskimi ścieżkami zdrowia, takie słowa padające z ekranu kinowego kosztować mogły posadę niejednego twórcę filmu Ocalić miasto. On sam zachował mimo lat batalistyczny rozmach, dialogową zwiewność, świetne aktorskie kreacje. A wszystko to niedościgłe w czasach, gdy nad kinematografią polską nie ciąży już widmo politycznej cenzury.