Będzie „Dagny” przyczynkiem do restytucji legendy Stanisława Przybyszewskiego, ale też i barwnym kalejdoskopem ery fin de siecle 8
„Zazdroszczę ci, będziesz wiecznie cierpieć” - nie może powstrzymać niezrozumiałego zachwytu Stanisław Przybyszewski na widok Dagny Juel. Edward Munch (autor słynnego „Krzyku”), wielki malarz, do którego te słowa są skierowane, właśnie przybył do Berlina w towarzystwie urodziwej „lodołamaczki serc”. Wysoko urodzona i dobrze skoligacona „heroina” łatwo zmienia swoich adoratorów. Munch nie jest jedynym kandydatem do względów Dagny. August Strindberg pozornie gardzi zdemoralizowaną Juel, w rzeczywistości światowej sławy dramaturg nie może oprzeć się przemożnemu urokowi kobiety. Konsekwencją tej fascynacji będzie cierpienie, bo Dagny niezbyt przywiązuje się do licznych kochanków, kolekcjonując ich w zależności od nastroju oraz chwilowej emocji. Przybyszewski niby zadeklaruje egzaltowane uczucie, ale szybko wykaże jego powierzchowność. „A teraz chodźmy popić” – rzuca do przyjaciela, z którym odprowadził Dagny na dworzec, choć przed momentem szeptał ukochanej pełne poetyckiej ornamentyki strofy miłosne. Sam Przybyszewski ma już dzieci, sławę lwa salonowego, birbanta, podrzucanej na rękach atrakcji towarzyskiej w środowiskach bohemy artystycznej. W chwili niezbyt częstej trzeźwości Stanisław potrafi się zdobyć na ripostę przytomną i zasadniczą. „Czy wy wszyscy jesteście w Rosji tacy dziwni?” – spyta niezbyt zorientowana w realiach politycznych norweska diva. „Jestem Polakiem” – zaprotestuje poirytowany Przybyszewski. Poeta został redaktorem pisma wydawanego w języku ojczystym. Na jego łamach kwestia polska, przegrana w realiach dziewiętnastowiecznych, będzie nieraz śmiało podnoszona. „Jaki cel ma sztuka?” – wytknie Przybyszewskiemu współpracownik redakcyjny, licząc na licującą z aspiracjami patrioty odpowiedź. „Żadnego” – nie pozostawia złudzeń Przybyszewski.
Dagny już nie zniewala poetów, dramaturgów czy malarzy. Muza oddała się fascynacji emocjonalnej temu jedynemu. Choć z wiernością cielesną rożnie bywa. Tu oboje dali sobie daleko idącą dyspensę moralną. Przybyszewski prowadzi życie burzliwe, chaotyczne, choć nad wyraz aktywne. Pomiędzy pijaństwami oraz wieczorami egzaltacji, podczas których mistrz słowa uwodzi literacką swadą, poeta popada w stany przyziemnych utrapień. Matka jego dzieci ponownie zajdzie w ciążę. Kobieta wkrótce skutecznie targnie się na swoje życie. Przybyszewski nie umiał uprzednio zdobyć się na decyzję, której z kobiet wykazać poświęcenie, o wierności nie wspominając. Salony wciąż żądne są obecności na nich rozchwytywanego bon vivanta. Z uznaniem oraz zazdrością na jego kaprysy zerkać będą artyści epoki: Jan Kasprowicz, Knut Hamsun, wspomniany August Strindberg. „Wychowa pan nie artystów, ale zdrajców” – oskarży Przybyszewskiego jeden z patriotycznie nastawionych redakcyjnych współpracowników, według którego sztuka powinna służyć niepodległości ojczyzny. A ta przecież czyha na horyzoncie. Wszak niebawem zaborcy wezmą się za łby, a Polska dostanie historyczną szansę skorzystać na tym rozdaniu. Przybyszewski obstawać będzie jednak przy swoim, iż sztuka nie powinna być funkcją politycznych kalkulacji. Dagny sama jest egzemplifikacją sztuki w wyobraźni Przybyszewskiego. Ależ ci Rosjanie dziwni...
Rozpoczęty właśnie rok wydaje się być właściwym momentem na przypomnienie wydarzenia cokolwiek okrągłego. Nakręcona pół wieku temu Dagny to dzieło warte uhonorowania i przede wszystkim jubileuszowego odkurzenia. Zapomniany ten film zasługuje na okolicznościowe przywołanie, a być może zasłużoną rekompensatę po dekadach ukradkowego chowania na zapleczach magazynowych z celuloidami rolkami. Dagny chciałaby się skupić na biograficznych losach kobiety, która w miejsce przypisanych jej z racji pozycji społecznej i urodzenia atutów wybrała życie kolorowe wśród cyganerii świata sztuki, w aurze nieodłącznie towarzyszącej tu dekadencji i rozpasania obyczajowego. Norwesko-polska produkcja, której reżyserem jest Haakon Sandoy, to jednak raczej opowieść o losach Stanisława Przybyszewskiego. Pisarz, dramaturg i poeta mający obecnie ulicę w każdym zapewne większym mieście naszego kraju wyda się z perspektywy epok postacią enigmatyczną i zapomnianą. Kanon lektur szkolnych nie pęcznieje dziś od tekstów mentora czasów Młodej Polski. Przeszło sto lat temu Przybyszewski brylował na salonach europejskich, czarował słowem, inspirował pozą wizjonera i utracjusza zarazem. Dziś biogram o życiu poety (przez niemiecki salon artystyczny zwanego onegdaj „genialnym Polakiem”) zajmie więcej linijek niż wznowione dzieła tego kontrowersyjnego artysty. Będzie zatem Dagny przyczynkiem do restytucji legendy Przybyszewskiego, ale też i barwnym kalejdoskopem ery fin de siecle. Poprzedziła ona złowieszczy wiek dwudziesty przynoszący ludzkości dwie wojny światowe. Symbolicznie zwieńczyła epokę tak już niedzisiejszą i niewinną w swojej istocie. Filmowy Przybyszewski to chyba najbardziej odmienna, a może i ambitna kreacja w dorobku Daniela Olbrychskiego. Jakże odległa od granych przez rozchwytywanego podówczas aktora. Pierwowzór historyczny wyposażył tutaj wykonawcę w szeroki asortyment osobowościowych cech odtwórczych. Jakby wbrew maksymie samego Przybyszewskiego, iż sztuka nie powinna mieć żadnego celu.