Suspiria 6.6

Amerykańska tancerka Susie Bannon (Dakota Johnson), udaje do Berlina, aby rozpocząć naukę w tamtejszej, prestiżowej szkole baletu. Jej przyjazd zbiega się w czasie z tajemniczym zniknięciem Patricii (Chloë Grace Moretz) jednej z wychowanek akademii. Susan, czyniąca niesamowite postępy pod okiem ekscentrycznej dyrektor artystycznej szkoły – Madame Blanc (Swinton), szybko zaprzyjaźnia się z inną tancerką Sarą (Mia Goth). Kiedy w szkole dochodzi do kilku mrożących krew w żyłach incydentów, obie dziewczyny zaczynają nabierać podejrzeń, co do prawdziwej natury akademii. Wkrótce Susie pozna jej największy, mroczny sekret.

Recenzje

Suspiria to karnawał dla zmysłów, spójnego nastroju, immanentnego doświadczenia. Danse macabre, bal u Lucyfera, a może u Lucyferki, zmysłowe igraszki z horrorem. Piękne (i) bestie. 9

Kiedy będzie można powiedzieć znowu o jakimś dziele horror artystyczny? Po seansie sensualnej i niebezpiecznej podróży po ludzkich instynktach i ich wykorzystywaniu w Suspirii. Luca Guadagnino pożądanie, o którym tak intensywnie rozprawiał w poprzednich produkcjach, zamienia w makabreskę z podobną siłą ekspresji i wręcz niebezpieczną, chwilami nawet erotyczną siłą przyciągania. Przebywa daleką wędrówkę gatunkową, ale nie zmienia "charakteru pisma". To film obrzydliwie piękny, hipnotycznie wręcz obłąkany i zachwycająco surrealistyczny.

Nasza historia niby zaczyna się, jak kolejny horror, gdzie fabuła to tylko pretekst. Jednak szybko sploty i manewry oddalą nas od przyzwyczajeń tego gatunku. Młoda i ambitna dziewczyna z Ameryki przyjeżdża do Berlina, gdzie chce uczyć się w jednej z kultowych szkół tańca. Tutaj pragnie tańczyć każda, która chce zostać wielką postacią. Pierwszego dnia Susie prezentuje się części kadry nauczycielskiej zadając pytanie o Madame Blanc. To legenda, wielka nauczycielka, niemal żywy pomnik (tak też majestatycznie wygląda). Kobiety wyjaśniają naszej bohaterce, że za wcześnie, by miała okazję ją zobaczyć. Jednak w trakcie układu wykonywanego przez Susie, Madame nagle pojawia się na próbie dziewczyny. Ta jest trochę speszona, ale nie przerywa tańca. Jej energia i wyjątkowość sprawia, że Susie natychmiast dostaje się do szkoły. Przeprowadza się do miejsca, o którym marzyła. Koło szkoły znajduje się Mur Berliński. Kontekst historyczny jest tutaj wielokrotnie podkreślany. To nie jest historia, która może mieć miejsce wszędzie i zawsze. Konflikt narodowy, podział lat 70. i ataki terrorystyczne Frakcji Czerwonej Armii od początku wprowadzają nastrój obawy o jutro i niepewności o życie. Wydawałoby się, że sztuką, tańcem można od tego uciec. Nasze bohaterki szybko zrozumieją, że ten niepokój i groza nie są spowodowane sytuacją polityczną, a właściwie są w sidłach jego źródła. Czyli w szkole, w której taniec jest rytuałem okultystycznym i tak naprawdę bardziej niebezpiecznym miejscem, niż ulice miasta.

Susie bardzo szybko zaczyna wyrastać na liderkę grupy. Ma doskonałe porozumienie z Madame Blanc. Dziewczyna nie boi się wyzwań i oddania w tańcu, który tutaj nie ma znaczenia kokieterii, gry wstępnej, flirtu towarzyskiego, a stawia na eksponowanie siły. Jest zwierzęcy i mistyczny. Między próbami do nowego układu powoli, w eleganckim stylu zaczyna się wciągać bohaterkę i widza w jakąś dziwną, nieprzyjemną grę z wyobraźnią, lękami, paranojami, rozmywając granicę między wyobrażonym, a zobaczonym. Do tego dowiadujemy się, że poprzednia uczennica odeszła ze szkoły z niewyjaśnionych przyczyn i słuch o niej zaginął. Niedługo potem na jednej z kolejnych lekcji inna dziewczyna popada w amok, krzyczy o czarownicach, o nauczycielkach miotających im w głowach. Nie myli się, jednak dosyć szybko usta zostają jej po cichu, w mało humanitarny sposób zakneblowane.

Suspiria to karnawał dla zmysłów, spójnego nastroju, immanentnego doświadczenia. Danse macabre, bal u Lucyfera, a może u Lucyferki? Zauważmy, jak igra z gatunkiem reżyser. Po pierwsze demon nie musi być rodzaju męskiego. Mamy tutaj pogrywanie z motywem matki, rodzicielki, tej która w tekstach kultury ma zwyczaj być troskliwą opiekunką, dbać o ognisko domowe. Angażuje ją w gatunek, tak jak to robił (próbował) Darren Aronofsky. Tylko, że u autora Mother! nie ma wdzięku, klasy, jest udawana niebezpośredniość i oczywista symbolika, wręcz kiczowata i prosto uduchowiona. Tutaj ten motyw jest wywrócony do góry nogami, wręcz nieokrzesany. To nie kobieta, z której wysysa się siłę, tylko ta, która żywi się energią innych. Po drugie niebezpieczeństwo nie czyha na zewnątrz. A jest cały czas z nami, koło naszych bohaterek, krok w krok, pod jednym dachem. Nie ma tutaj wyskakiwania zza rogu, schodzenia do piwnicy, tryskającej bez wyobraźni krwi. Historia ewoluuje w najniebezpieczniejsze miejsca z czujnością rozprowadzając nastrój, uderzając z imponującym wigorem, ale nie od razu. Luca Guadagnino nie kończy na tym swoich sprytnych igraszek z horrorem. Wielokrotnie podczas pokazywanego obrazu powątpiewa w ich istnienie, niczym psychiatra, intelektualista, który pojawi się w naszej historii. Miał on pacjentkę, która uciekła w otępieniu ze szkoły tańca. To on jest nośnikiem wątpliwości. Nie wierzy w magię, czary, sabaty, ale wierzy, że iluzją można zagrać na zmysłach człowieka dowolny utwór.

Mimo umyślnej autokontestacji intensywność doświadczenia i następne kroki po piekielnym parkiecie nie pozostawiają wątpliwości co do naszej wiary w prawdziwość coraz potężniejszych wizji, niemalże w stylistyce Hieronima Boscha. Mamy pewną magię, ludowość, odsłaniający się satanizm i folklor. Taką przecież nazwę nosi układ taneczny przygotowywany przez szkołę. Do tego na naszych oczach nie rozgrywa się bez stopniowania i wyczucia krwawa masakra, tylko dłubanie w podświadomości, halucynogenne działania. Guadagnino często splatający swoje utwory filmowe z odniesieniami do innych, tutaj dyskretnie pokazuje, jak przesiąka jego obraz i słowo sztuką oraz myślą Boscha. Do tego postać kobiety dominującej nad światem ziemskim i pozaziemskim, oddana niepojętym stanom, jest niczym w Opętaniu (gdzie również mamy podobny pejzaż wyludnionego i chłodnego Berlina), czy Szamance Andrzeja Żuławskiego. Tutaj to uczucie fascynacji działa wymiennie z przerażeniem, a kobiecy krzyk to nie pisk, czy wołanie o pomoc, a emitujące dzikość harpie, zwodzące femme fatale.

Suspiria to dzieło, które się nie waha, jest radykalne i wie, w którym momencie zacząć być rozpasane, by nie znudzić nas swoim rozmachem. Czai się na nas powoli oplatając swoimi mackami. W teamie z doskonałą formą wizualną i oprawą muzyczną jest demoniczne piękne. Zmysłowe, chwilami wręcz niebezpiecznie seksowne. Piękne (i) bestie.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie