To film o tym, że najstraszniejszymi duchami są te, które sami tworzymy swoimi czynami. Choć to kino grozy, ma w sobie nutę melancholii. 6
Rok 2000 był dla kina południowokoreańskiego bardzo obfity. To wówczas zainspirowane falą azjatyckiego horroru powstawały coraz to bardziej urozmaicone opowieści. Byeong-ki Ahn stworzył do własnego scenariusza produkcje, która jest pomostem między klasycznymi historiami o duchach a zachodnimi slasherami. Koszmar to film, w którym mrok przeplata się z nostalgią, a błędy młodości powracają jako krwawa lekcja sprawiedliwości.
Już pierwsza scena w prosektorium buduje gęsty niepokój. Widok patologa, który bezskutecznie próbuje zamknąć oczy zmarłej dziewczyny to mocny zabieg. Sugeruje on, że jej dusza nie zazna spokoju, a ona sama wciąż patrzy na tych, którzy wyrządzili jej krzywdę. Fabułę zawiązuje powrót Seon-ae (Jeong-yun Choi) z USA do Seulu. To postać nękana koszmarami i nawiedzana przez tajemniczą siłę. Staje się katalizatorem wydarzeń. Dla grupy dawnych znajomych jest jak wyrok – przeszłość właśnie ich dogoniła. Produkcja udanie operuje retrospekcjami. Sceny z czasów studenckich są utrzymane w żywszej, kolorowej stylistyce – widzimy młodych ludzi pełnych pasji i nadziei. Jednak zestawienie ich z teraźniejszością jest bolesne. Najlepszym przykładem jest Jeong-ok (Jun-Sang Yu): dawniej gwiazdor akademickiego baseballu i syn wpływowego przedsiębiorcy, dziś człowiek z chorą nogą, tonący w długach. Ten upadek bohaterów sprawia, że ich strach staje się bardziej realny.
Reżyser potrafi budować napięcie w codziennych sytuacjach, co jest znakiem rozpoznawczym azjatyckiego horroru. Widok Seon-ae konfrontującej się z zjawą na placu zabaw czy przed domem buduje porządną i niewymuszoną atmosferę osaczenia. Bądź scena ataku na basenie. Mi-ryeong (Hye-yeong Jo) zostaje skonfrontowana z duchem w wodzie, to fajny element grozy. Wykorzystanie otwartej, ale klaustrofobicznej przestrzeni basenu sprawia, że widz czuje niemal fizyczny brak tchu. Film ciekawie nawiązuje do lęków przełomu wieków – motyw tajemnicy utrwalonej na taśmie wideo (i to niejednej) przywodzi na myśl kultowe The Ring, ale tutaj służy do odkrywania prawdy o relacjach w grupie przyjaciół. Wideo jest dowodem winy, którego nie da się skasować z pamięci. Muzyka zaś buduje napięcie w sposób klasyczny i zrównoważony od dźwięków pianina po mocniejsze akordy. Nie ma tu również nadmiaru efektów komputerowych – liczy się gra aktorska i atmosfera.
Koszmar to wartościowa pozycja dla fanów azjatyckiego horroru. To film o tym, że najstraszniejszymi duchami są te, które sami tworzymy swoimi czynami. Choć to kino grozy, ma w sobie nutę melancholii, tak charakterystyczną dla produkcji z tamtych lat. Niestety nie obejdzie się się dłużyzn w pierwszej połowie seansu. Ale za to końcówka te przestoje wynagradza.
