Na kalifornijskich bezdrożach stają naprzeciwko siebie dwa bezwzględne gangi motocyklowe: The Victors i The 666ers. Pistolero, herszt Victorsów, poprzysiągł zemstę na Deusie i Billym Wingsie, bezwzględnych liderach The 666ers za uśmiercenie jednego ze swoich najwierniejszych towarzyszy. Historia o twardzielach z piekła rodem, którzy w poszukiwaniu panienek, alkoholu i zemsty nie cofną się przed niczym. opis dystrybutora
2/10 – beznadzieja nie wiadomo o co chodzi jeden zabija drugiego lipa
Bardzo słabiutko jak dla mnie. – Do rekomendacji Quentina Tarantino podchodziłem z ogromną rezerwą. W końcu firmował swoim nazwiskiem bardzo słaby "Hostel". Co do "Hell Ride" na początku zapowiadał się rewelacyjnie, podobała mi się muzyczka, przedstawienie członków gangu, wszystko zapowiadało się obiecująco z fajnym początkowym pustynnym klimatem kurzu, brudu. Historia wojny pomiędzy bractwami motocyklowymi myślałem, że nabierze fasonu, niestety z każdą dalszą upływającą minutą akcja filmu coraz bardziej pozostawała w tyle… Za to co widzieliśmy przez większość filmu?? Lalunie ala Barbie z silikonem biegające na nagusa, rżnące się na lewo i prawo, szczególnie jedna mnie bardzo irytowała ze swoimi pikantnymi tekstami o sexie. Zamiast porządnej jatki wojennej pomiędzy gangami w której miały być emocje i napięcie na pierwszym planie, reżyser zrobił odwrotnie, bardziej uraczył nas burdelami i wypacykowanymi laskami i tandetnymi dialogami. Niestety mało mu do prawdziwego Grindhousowego kina jak i również motocyklowego "filmu drogi" Co do gry aktorskiej to kiepsko:( aktorzy powinni zagrać prawdziwych odrażających twardzieli, bójka w barze była przekomiczna Madsen, którego uważałem za dobrego aktora poległ tu na całej linii… Co do samego Q. Tarantino to widzę, że rekomenduje same SHITY no tak film z jego nazwiskiem lepiej się sprzeda, tak jak było to w przypadku "Hostel"… dla mnie nie jest już tym "cudownym dzieckiem" wyróżniających spośród wszystkich… Nie warto pisać. 3/10
Rzeczywiście marnota straszna. Wszystko miało być brudne, wyluzowane, seksowne i w rytmie rock’n’rola… a wyszło zupełnie odwrotnie. Dialogi bełkotliwe, sceny bezpodstawnie długie a fabuła przewidywalna i naiwnie brutalna, tak jakby widok poderżniętego gardła, poprzedzony wiązanką "fucker, fucking, fuck" jeszcze kogoś dziwił. Aktorstwo, równie parszywe i niewyróżniające się zupełnie. Podobne typy postaci, właściwie ani jednej charyzmatycznej, nie mówiąc już o PISTOLERO, który dla mnie po prostu nie istniał jako aktor.
Generalnie odradzam i zachęcam ewentualnie do zakupu soundtracka, bo muzyka choć na jedno kopyto, jest jedyną silniejszą stroną tego filmu.
Ogólne
Czy wiesz, że?
Pozostałe
a mi wciąz bardzo sie podoba. To ze jest przerysowany – owszem, to że Pistolero przyjmuje dziwne pozy, tak. Ale dalej film ma fajną energię… jazda po Peyote doskonała, Cactus flower świetna.. wszystkim malkontentom polecam po prostu kupić Harrego i pojezdzić, najlepiej na Route 66, poczuć to co tam widać… no albo narzekać że dzieło nie spełnia wysokich norm…