Bohemian Rhapsody 7.4

Porywająca opowieść o zespole Queen, jego muzyce i niezwykłym wokaliście Freddie’em Mercurym (Rami Malek ), który przełamując stereotypy i konwencje, zdobył uwielbienie niezliczonych fanów. Film ukazuje błyskotliwą karierę zespołu, który dzięki ikonicznym utworom i rewolucyjnemu brzmieniu wspiął się na szczyty sławy, dopóki skandalizujący styl życia Mercury’ego nie postawił wszystkiego pod znakiem zapytania. Triumfalny powrót zespołu podczas koncertu na rzecz Live Aid z udziałem cierpiącego na śmiertelną chorobę Mercury’ego wszedł na trwałe do historii muzyki rockowej i po dziś dzień stanowi źródło inspiracji dla wszystkich tych, którzy czują się inni, niepoprawnych marzycieli i wielbicieli muzyki na całym świecie.

Recenzje

Niestety to historia tak linearna, że nawet w połowie nie oddaje żaru prężnych, muzycznych biografii. Odtwarza historię zaspokajając zmysł wzroku i słuchu, ale nie zrywa się z łańcucha. 3

Show must go on! – słychać podczas jednego ze zainscenizowanych koncertów w filmie Bohemian Rhapsody. I tak się dzieje – show trwa. Od jednego koncertu do drugiego, bo tego co się (nie)dzieje pomiędzy występami, czyli roztrzepanego, anegdotycznego scenariusza nie da się zagłuszyć żadnym wielkim i głośnym utworem zespołu Queen. Poprawne, w łatwy sposób epickie i wizualnie spełnione. Piękne naczynie, ale nie pożywimy się jego zawartością, bo zionie pustką.

W błyskawicznym tempie podróżujemy od Farrokha Bulsary do zmiany na Freddie Mercury. W jednym momencie widzimy chłopca uwikłanego w swoje pochodzenie, niewidzącego autorytetu w rodzicach, chcącego czegoś więcej. Wygląda jak historia jedna z wielu. Włóczy się po klubach, jest pewny siebie, przebojowy i akurat trafia na koncert zespołu, z którym sympatyzuje, kiedy odpada im główny członek – wokalista. Bardzo dziarsko zajmuje jego miejsce i nie powątpiewamy ani przez moment, kto będzie w tym zespole charyzmatycznym liderem. Mimo nieustannych deklaracji Freddiego o zespole jako synonimie rodziny, sytuacja ewoluuje. To on jest wyrazisty, to on wszystko załatwia i ryzykuje wielokrotnie w kontaktach z wytwórniami. Wygląda to jak sielanka – od zera do bohatera. Nie widzimy prócz małych, chwilowych zadraśnięć, jakichkolwiek trudności zespołu z dotarciem na szczyt. Jak gdyby pstryknięcie palców wystarczyło, by zostać zespołem The Queen. Ta prędkość opowiadania nie dodaje gazu historii i nie daje miejsca na więcej, ciekawiej. To się odwraca wręcz przeciwko filmowi – nie buduje więzi, nie pokazuje supłów, komplikacji, sytuacji ekstremalnych. Pomnik zostaje wybudowany w bardzo prosty i niefinezyjny sposób – poprzez naśladowanie koncertów z wielotysięczną publicznością.

Ten film pomiędzy występami nie żyje. Tylko sentymentem i rozmachem chce kupić widza. Co jest kapitalnie proste, wręcz prostackie w swojej intencjonalności. Sam film forsuje myśl o zespole jako kolektywie, który tworzy kilku członków i zwraca uwagę na egoizm głównego bohatera jako sprawę, która zżerała zespół. No i tego egoizmu nie uniknięto w Bohemian Rhapsody. Zapomina się lub ignoruje albo brakuje pary, fantazji na opowiedzenie historii. Cały nacisk, uwagę stawia się na postać Freediego. Jest to uzasadnione na poziomie wiarygodności losów Queen, ale w filmie jest przyznaniem się do bezsilności w prowadzeniu narracji. Nie ma w tym wielkiego filozofowania na temat dominacji w zespole, jakiś tez, przemyśleń, tylko jak najwierniejsze wcielenie się w rolę głównego bohatera przez aktora Rami Maleka (który gimnastykuje się i radzi sobie doskonale). Jest on wyrazisty, z temperamentem – reszta to pastele. Takie zagranie miałoby sens, jeżeli wpisywałoby się w jakiś spójny dyskurs prowadzony tutaj, ale intencje są o wiele bardziej trywialne – to wymaga najmniej wysiłku.

Niestety to historia tak linearna, że nawet w połowie nie oddaje żaru prężnych, muzycznych biografii. Odtwarza historię zaspokajając zmysł wzroku i słuchu, ale nie zrywając się nawet na chwilę z łańcucha artykułów z tanich szmatławców. To powinien być silnie zbudowany film, a nie odcinek programu Twoja twarz brzmi znajomo. Jest to opowieść tak ulizana, że kłótnie zespołu z wydawcami to szczypanie, a rozpustne i bujne życie naszego bohatera to after braci Golec. Jest w tym filmie scena, kiedy Freddie Mercury jest wściekły na konserwatywne i bezpieczne podejście agenta do pomysłu połączenia rocka z operą. Artyście chodzi o odcinanie się nieustannie od przyzwyczajeń! Myślę, że z podobną złością zareagował, by na ten film. Bo dokładnie to właśnie ma tutaj miejsce. Wszystko na pierwszym biegu, w folii bąbelkowej, bez wizjonerstwa, które przecież było jedną z najważniejszych cech zespołu, o którym film opowiada. Niestety, autorzy nie mają co śpiewać po tym filmie We are the champions.

0 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie