"Road House" (1989) to film, który jest znacznie więcej niż tylko kinowym doświadczeniem; to fenomen kultury, archetyp kina akcji klasy B z lat 80.. 7
Road House to film, który od samego początku jasno określa swoje zasady: to nie jest kino subtelne, to jest kino pięści. Przedstawia nam Jamesa Daltona (w tej roli niezapomniany Patrick Swayze), który jest chodzącym paradoksem. Dalton jest najlepszym „coolerem” (szefem ochrony) w branży klubowej Ameryki, legendą, której reputacja go wyprzedza, a jednocześnie... absolwentem filozofii. Ten intelektualny rys, choć rzadko eksplorowany poza kilkoma wzmiankami, nadaje postaci pewien absurdalny urok, idealnie wpisując się w ton całego filmu. Dalton żyje według prostego kodeksu: "nikt nie wygrywa bójki”. Jego filozofia łagodności ma zostać wystawiona na próbę, gdy przyjmuje posadę w najbardziej parszywym barze w Missouri – Double Deuce.
Double Deuce to uosobienie chaosu. To miejsce, gdzie bójki wybuchają co pięć minut, a personel jest bardziej zainteresowany kradzieżami niż pracą. Misja Daltona jest prosta, choć brutalna: posprzątać ten chlew. Wprowadza żelazną dyscyplinę, zwalnia skorumpowanych pracowników i sam wymierza sprawiedliwość, stając się nowym szeryfem w mieście.
Szybko okazuje się, że problemy baru są jedynie symptomem szerszego zepsucia. Prawdziwym antagonistą jest Brad Wesley (Ben Gazzara), arogancki, bogaty biznesmen, który terroryzuje całe miasteczko Jasper, ściągając haracze i niszcząc tych, którzy się sprzeciwiają. Wesley to klasyczny, jednowymiarowy czarny charakter lat 80. – zły, bo tak jest napisane w scenariuszu, jeżdżący drogimi samochodami i otoczony bandą bezmózgich osiłków. Konflikt eskaluje od bójek w barze do totalnej wojny, w której stawką jest dusza miasta. Po drodze Dalton znajduje też miłość u boku pięknej lekarki Elizabeth Clay (Kelly Lynch), która leczy zarówno jego rany, jak i zranioną duszę.
Road House jest wizualną ucztą dla fanów estetyki końca lat 80. Mamy tu obcisłe dżinsy, fryzury typu mullet, skórzane kurtki i wszechobecny, lekko spocony klimat. Film ocieka testosteronem. Największą siłą napędową jest Patrick Swayze. Wciela się w Daltona z fizycznością i charyzmą, które uczyniły go gwiazdorem. Sceny walki są brutalne, intensywne i zaskakująco dobrze zrealizowane (Swayze był utalentowanym tancerzem, co przekłada się na płynność choreografii walk). To nie jest realistyczny film o sztukach walki; to balet przemocy, gdzie ciosy są przesadzone, a upadki spektakularne.
Niezapomnianą postacią jest też Sam Elliott w roli Wade’a Garretta, mentora i przyjaciela Daltona. Jego pojawienie się w drugiej połowie filmu dodaje humoru i dodatkowej warstwy męskiej przyjaźni, a duet Swayze-Elliott iskrzy na ekranie autentyczną chemią.
Soundtrack to kolejny filar kultowości filmu. Gwiazdą jest tu autentyczny muzyk Jeff Healey, niewidomy wirtuoz gitary, który gra w filmie rolę lidera zespołu rezydentów Double Deuce. Muzyka blues-rockowa nadaje filmowi energię i autentyczność zadymionego, brudnego baru. Utwór "Roadhouse Blues" The Doors w wykonaniu Healeya stał się hymnem filmu.
Road House to film zły w najlepszy możliwy sposób. Dialogi są często drewniane i pełne niezamierzonego humoru, fabuła jest prosta jak cios sierpowy, a psychologia postaci sprowadza się do „dobrzy kontra bardzo źli”. Mimo to, film działa. Działa, bo jest szczery w swojej przesadzie. Nie udaje, że jest czymś więcej niż jest: fantazją o nieustraszonym bohaterze, który przywraca porządek w świecie pełnym chaosu, używając wyłącznie siły woli i sprawnych pięści. To eskapizm w najczystszej postaci.
Jeśli szukasz głębokiej analizy kondycji ludzkości, omiń ten film szerokim łukiem. Jeśli jednak masz ochotę na piwo, pizzę i dwie godziny bezpretensjonalnej, brutalnej rozrywki z Patrickiem Swayze w roli głównej, „Road House” jest pozycją obowiązkową. To film, który udowadnia, że czasem jedynym sposobem na rozwiązanie problemu jest... solidna bójka.
Jakoś mnie nie porwało to kino.