Suburbicon 6.2

Suburbicon to idealne amerykańskie miasteczko, istna reklama sta­tecznego życia i dobrobytu czyli american dream w czystej postaci. Jednak nie dla wszystkich. Życie rodziny Lodge’ów obraca w gruzy na­pad z bronią w ręku, w którym ginie seniorka rodu, ukochana mama nastoletniego Nicky’ego Lodge’a. Pogrążony w rozpaczy chłopak posta­nawia pomścić swą ukochaną rodzicielkę. W poszukiwaniu sprawców rozpoczyna śledztwo na własną rękę, w trakcie którego odkryje mrocz­ne rodzinne sekrety, układy, machinacje i animozje, które były związane ze śmiercią jego matki.

Recenzje

The best of Coenów - inteligentne ośmieszanie gatunku ludzkiego - wmanewrowywanie bohaterów w sytuacje, w których sami to robią. Rasowa czarna komedia z ich stemplem, a Clooney potrafi reżyserować. 8

Pieczątką braci Coen jest przystawianie nam do twarzy, w bardzo zgrabny i filmowo urodziwy sposób, lusterek, które są bardzo szczere i prawdomówne – nawet jeżeli w formie wyglądają na przerysowane – to tylko dla zwielokrotnienia tezy: Dla człowieka nie ma nadziei. Suburbicon znowu naświetla ludzi, którzy z własnej winy, prowokowani najczęściej paskudnymi cechami charakteru, wmanewrowali się w sytuacje bez wyjścia. Wychodzi twórcom to elegancko, mądrze, konsekwentnie, trochę takie the best of ich wyobraźni i bezczelności wyreżyserowanej przez Georgea Clooneya, któremu również w filmie zabawa ludzkim gatunkiem sprawia ogromną przyjemność i idzie mu to doskonale.

Lata 60., mamy miasteczko o nazwie Suburbicon – wygląda z daleka jak schowana pod kloszem enklawa, gdzie słońce zawsze świeci, wszyscy mają ubrania wyprasowane i nikt nie bywa w złym humorze. Niemalże jak miasteczko z Edwarda Nożycorękiego. Idyllę w jakiej żyją, a przynajmniej są o tym przekonani, naszym bohaterom zakłóci pojawienie się czarnoskórej rodziny. Rozpocznie się niemalże polowanie na czarownice i przekonanie, że wszystko co się złego stanie w tym american dream, to wina "innych". Kiedy na dom Gardnera i Rose (niepełnosprawnej z powodu wypadku) oraz ich dziecka Nickiego napadną dwaj złodzieje, oczywiście miasto obwini za to czarnoskórych, a najciemniej jest właśnie pod latarnią…

Rose niestety umiera w wyniku napadu, otrząsnąć się po stracie ojcu i synowi pomaga jej siostra – Margaret. Tak przynajmniej nam się wydaje. Jednak w pewnym momencie czujemy, jakby ktoś zaczynał zdejmować makijaż z twarzy rodziny, sytuacje eskalują i ze świetnie rozplanowanym absurdem i groteską dowiemy się, jak w sytuacjach dramatycznych wypełzają z człowieka najgorsze cechy, instynkty, by przetrwać. Prześwietlenie daje okropne wyniki – panuje znieczulica społeczna, strach przed „innym”, chciwość, a w żyłach ludzi płynie obłuda i modlenie się o ułudę, by trwała i nie przestawała.

Film ten też z umiejętnie rozłożonym, ekscentrycznym humorem doskonale i wybitnie zabawnie, wykpiwa amerykańskie społeczeństwo, dekonspiruje wykrochmalone koszule i bezpieczne, białe werandy, których szczebelki są bardzo chwiejne. Wjeżdża pługiem na świeżo wykoszone i posprzątane trawniki i nawet nie robi rozróby – bohaterowie sami sobie doskonale radzą z ujawnieniem, jak sobie nie radzą.

Pojawia się w Suburbiconie też wątek wcześniej wspomnianej czarnoskórej rodziny, która wprowadza się do "idealnego" miasteczka. Nicky ma zakaz od ojca zabawy z czarnoskórym chłopcem. Są traktowani jak pasożyty, które zagrażają społeczności (tej, która przygląda się, w bezruchu, włamaniu do rodziny Gardnera, a potem w kółko jak marionetki powtarza: „wielka strata…”). Budują to wszystko dodając wątki mafii, kryminalne. To taka kolejna ich pozornie niewinna historyjka, gdzie bohaterowie puszczeni wolno, zamiast filmu obyczajowego, tworzą prawdziwą makabrę. Aż poleje się krew, a ta w pewnym momencie już się nie odpierze.

Ta rasowa czarna komedia udaje się na wielu stopniach, a nie czujemy zmęczenia wspinaczką po kolejnych, bo jest to kino płynne, zgrabne z głębokim workiem pomysłów i przemyconą, nieciężkostrawną refleksją nad egzystencjalizmem. Suburbicon to kino, na którym się śmiejemy, ale tak naprawdę z nas samych i z sytuacji, która niechcący dotarła do ekstremum, a wcale nie miała. To wiercenie dziury w brzuchu przez nich to nie łaskotki, a rzucenie w przestrzeń pytania: a jak ty byś się w takiej sytuacji zachował/zachowała? W tym wesołym miasteczku trafiamy na diabelski młyn lub do domu strachów.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie