Gold 6.4

Kenny Wells ostatnio nie ma szczęścia w interesach. Rozpaczliwie potrzebuje więc spektakularnego przełomu. Postanawia zdobyć fortunę dzięki swemu zamiłowaniu do przygód i ryzyka. Wraz z szanowanym podróżnikiem Michaelem Acostą wyrusza do Indonezji, by w sercu tamtejszej dżungli szukać złota. Ryzyko jest ogromne, mało kto wierzy w powodzenie misji, a jednak przeczucie Wellsa okazuje się prawdziwe. W jednej chwili z podupadającego biznesmena staje się milionerem i gwiazdą Wall Street. Ale tam gdzie są wielkie pieniądze, zaczynają się wielkie kłopoty. Chętnych do podziału złotego tortu znajduje się coraz więcej: począwszy od indonezyjskich władz, poprzez różnej maści cwaniaków, a na CIA kończąc. Kenny Wells zamiast cieszyć się luksusem, będzie musiał zmierzyć się z ludźmi, dla których oszustwo to chleb powszedni.

Recenzje

To film efekciarski, wpisujący się w tendencyjne American Dream, gdzie jedynym magnezem historii jest główny bohater i długo, długo, długo nic... 5

Ileż już mieliśmy filmów od zera do do bohatera? Ileż już było historii afirmujących pracę u podstaw, machających palcem na łatwe i szybie wzbogacenie się. Przeżyjmy to jeszcze raz w biograficznej historii Gold opowiadającej o jednej z kultowych postaci, która poruszyła rynek metali szlachetnych, nie zawsze szlachetnymi metodami. Bohater krzyczy „I have a dream, gold dream”. Też można mieć sen o wielkim filmie, jednak dostajemy coś co naśladuje wielkie kino. Tak naprawdę to kino efekciarskie, a nie efektywne.

Nasz bohater – Kenny Walles – jest ekscentryczną i pełną werwy postacią. Idealny rewolucjonista, bez instynktu samozachowawczego i pasów bezpieczeństwa, z wizją i determinacją. Posiada cały pakiet do kontynuowania dzieła ojca, jednak firma jest na grancy bankructwa. W pewnym momencie, wiedziony impulsem (co jest dla niego bardzo charakterystyczne) rusza do Azji Południowo – Wschodniej. Tam spotyka lokalnego poszukiwacza drogocennych kryształów, z którym spisuje umowę na serwetce, kiedy udaje się mu przekonać go do swojej, z początku wariackiej, wizji. Jednak Kenny Walles to postać charyzmatyczna, która potrafi przekonać, że pustego można nalać, a na pustyni znaleźć wodę. Nie brakuje naszemu bohaterowi przeszkód i nie lekko się je pokonuje, jednak od początku wiemy do czego to zmierza.

Filmowi już tak czarowanie nie wychodzi. Jeżeli rozebrać całą przestronność tego kina fizyczną, nie fabularną, brawurowość i dzikość serc, a właściwie jednego, to widzimy po protu Wilka z Wall Street zmieszanego i wstrząśniętego z filozofią dudeismu. Znaczące jest, że przewidywalna fabuła od zera do bohatera i osiągnięcia dnia, by uświadomić sobie co jest najważniejsze w życiu, prędzej czy później dociera do refleksji o naszym sowizdrzale, którego nie zamroczył alkohol spożywany w sporych ilościach i nigdy niewyjmowany z ust papieros. Świadczy to o jednym: na polu bitwy o kino wybitne znajduje się tylko jeden walczący – Matthew McConaughey. To jest apluaz dla niego, ale spora porażka filmu – te nie ma nic nowego do zaproponowania.

Energia i dopamina z filmu Gold nie ma źródła w fabule, która jest przewidywalna i uderza w tony Amerykańskiego Snu oraz tego, że każdy może wszystko – jakiejś łobuzerskiej lekcji couchingu – to wszytko opiera się na bezkompromisowej kreacji głównego bohatera. Blaski i cienie walki o rzeczy wielkie, gdzie blask jest przewidywalny, a cienie w ogóle niegroźne. Gold to bardziej tombak.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie