Atomic Blonde 7.2

Berlin, czasy Zimnej Wojny. Brytyjska agentka zostaje przerzucona do komunistycznego Berlina w celu odnalezienia zabójców swojego partnera i odzyskania listy podwójnych agentów.

Recenzje

To bomba, którego tykania nie słyszymy, ale wiemy że zaraz coś wybuchnie. Dynamiczne kino, bez większej refleksji, ale z dużym refleksem. 6

Brawurowo, bez odwracania głowy i zasad BHP – te słowa najcelniej trafiają w charakterną produkcję Atomic Blonde. W konwencji kina akcji, komiksowej poetyki, inspiracji kinem Nicolasa Windinga Refna, ale bez metaforyki, nie uprzedza kiedy chwyci za gardło. W czasach zimnej wojny było bardzo gorąco. To film uczciwie przyznający się, że więcej kopie i się popisuje, niż nad wielką i złożoną filozoficznie rozprawą główkuje.

Główną bohaterką nie jest brytyjski agent, a agentka – MI6 Brzmi jak broń, ale też tak jest „używana” przez swoich pracodawców. Tym razem zostaje wysłana z misją do Berlina, w czasie zimnej wojny by znaleźć listę podwójnych agentów, gdyż ta mogłaby wywołać wielkie szkody wielu osobom – między innymi jej samej. Bardziej od patriotycznego paliwa napędza ją chęć zemsty. Przy okazji podróży do prawdziwego wysypiska, pełnego niebezpieczeństwa, przed zniesieniem muru, chce odnaleźć zabójcę swojego męża. W tej „oficjalnej” misji ma jej pomóc, Percival – to ich człowiek, znający każdy zakamarek i bezdomnego w tym mieście. Jego akta nie są najczystsze, a i on niespecjalnie lubuje się w etykiecie, czy postępowaniu według jakiegokolwiek protokołu. Ma swoje metody – skuteczne – a że nie zawsze moralne i wątpliwe dla jego zdrowia – to dodaje tylko pary historii i jemu samemu. To człowiek uzależniony od adrenaliny, jak Lorraine (tak naprawdę nazywa się nasza bohaterka) i autodestrukcji. Chociaż kilka nałogów można by jeszcze znaleźć.

David Leitch podobnie jak w Johnym Wicku nie waha się, tylko tworzy kino po kresce kokainy, piekące w gardło, jak napoje spożywane przez naszych bohaterów. Lorraine wypija wódkę z lodem przed wyjściem z domu niezależnie od pory, a Percival zawsze ma papierosa i whiskey przy sobie. To nie są bohaterowie w stylu Kapitana Ameryki, a raczej ludzie poprzekręcani przez życie, będący w nieustannym stresie i w świecie, gdzie nie mogą nikomu zaufać. Jednak reżyser nie pochyla się nad nimi z empatią i wybiera smutny utwór oraz poetykę do ich skrzywionych już na zawsze kręgosłupów. Raczej organizuje festiwal przemocy, kłamstwa, podwójny agent staje się potrójnym, gdzie jest miejsce na wiele przemocy, ale nie na szczerość – a to wszystko jakbyśmy siedzieli na trybunach podczas koncertu. Tej nerwicy filmowej towarzyszą utwory Freddiego Mercury’ego, a w trakcie kolejnej wystrzelonej w serce kulki zaśpiewa nam David Bowie. Reżyser jest entuzjastą myślenia: przemoc to rozrywka. On to tutaj wykrzykuje! I w tłustym i lepkim sosie anarchii, ponieważ oddanie ojczyźnie naszych bohaterów jest bardzo wątpliwie, nawiązuje nastrojem do Fight Clubu – jednak nie ma ambicji na większe rozważania. Ale na pewno podąża, biegnie w myśl cytatu z tego filmu: „Without pain, without sacrifice we would have nothing”. Tylko, że ten podziemny krąg jest na ulicach Berlina i nikt tutaj nie zapomina o sytuacji historycznej lub ją układa po swojemu na potrzeby filmu. Raczej opowiada o świecie, gdzie nie ma miejsca na mistykę, czy Boga, w którym chodzi o przeżycie, a nie życie. A misja dla królowej Anglii wcale nie wygląda, tak jakbyśmy sobie mogli to wyobrażać oraz jak wyglądają kulisy załatwiania takich spraw. Jednak jest to mocno wystylizowany film, a niestawiająca na realizm i wiele przemyśleń historia.

David Leitch podobnie jak w Johnym Wicku nie waha się, tylko tworzy kino po kresce kokainy, piekące w gardło, jak napoje spożywane przez naszych bohaterów. Lorraine wypija wódkę z lodem przed wyjściem z domu niezależnie od pory, a Percival zawsze ma papierosa i whiskey przy sobie. To nie są bohaterowie w stylu Kapitana Ameryki, a raczej ludzie poprzekręcani przez życie, będący w nieustannym stresie i w świecie, gdzie nie mogą nikomu zaufać. Jednak reżyser nie pochyla się nad nimi z empatią i wybiera smutny utwór oraz poetykę do ich skrzywionych już na zawsze kręgosłupów. Raczej organizuje festiwal przemocy, kłamstwa, podwójny agent staje się potrójnym, gdzie jest miejsce na wiele przemocy, ale nie na szczerość – a to wszystko jakbyśmy siedzieli na trybunach podczas koncertu. Tej nerwicy filmowej towarzyszą utwory Freddiego Mercury’ego, a w trakcie kolejnej wystrzelonej w serce kulki zaśpiewa nam David Bowie. Reżyser jest entuzjastą myślenia: przemoc to rozrywka. On to tutaj wykrzykuje! I w tłustym i lepkim sosie anarchii, ponieważ oddanie ojczyźnie naszych bohaterów jest bardzo wątpliwie, nawiązuje nastrojem do Fight Clubu – jednak nie ma ambicji na większe rozważania. Ale na pewno podąża, biegnie w myśl cytatu z tego filmu: „Without pain, without sacrifice we would have nothing”. Tylko, że ten podziemny krąg jest na ulicach Berlina i nikt tutaj nie zapomina o sytuacji historycznej lub ją układa po swojemu na potrzeby filmu. Raczej opowiada o świecie, gdzie nie ma miejsca na mistykę, czy Boga, w którym chodzi o przeżycie, a nie życie. A misja dla królowej Anglii wcale nie wygląda, tak jakbyśmy sobie mogli to wyobrażać oraz jak wyglądają kulisy załatwiania takich spraw. Jednak jest to mocno wystylizowany film, a niestawiająca na realizm i wiele przemyśleń historia.

Atomic Blonde to po prostu punkowa stylistyka, nawiązanie do girl power silną postacią kobiecą w męskim świecie, dużo wizualnych wygibasów i myślenia: żeby zrobić jajecznicę, trzeba rozbić kilka jajek.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie