Player One 6.7

Wirtualny świat OASIS jest dla młodego Wade'a jedynym realnym domem. Jak większość graczy próbuje odnaleźć ukryte w nim "wielkanocne jajo", co uczyni go spadkobiercą fortuny zmarłego założyciela gry.

Recenzje

Kluczem do sukcesu tego filmu jest nostalgia dzisiejszych 30-40-latków za utraconym dzieciństwem. Ale jest takie powiedzenie - "co za dużo, to niezdrowo" - i to jest bardzo mądra myśl. 5
  • 2018-08-05
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Jak porzygać się nostalgią

Uwaga, będzie popkulturowo. Ready Player One. Najnowsze dzieło Gandalfa kina Stevena Spielberga. Cudowny hołd dla popkultury, którą sam w znaczącej części pomagał tworzyć. Wspaniały film akcji, zapierające dech w piersiach efekty specjalne, wzruszająca podróż do czasów Piotrusia Pana i Dzwoneczka z nutką nostalgii w tle.

Czy może niekoniecznie?

No właśnie. Podobno książka "Ready Player One" jest jeszcze gorsza od filmu, ale to żadne usprawiedliwienie dla Spielberga, bo nikt mu przecież nie kazał ekranizować akurat tej. Ludzie na forach stroją sobie żarty, że to kiepski remake Sali samobójców. Co prawda nie widziałem Sali..., ale sądząc po tym, co czytałem na temat tego obrazu, to jeśli ktoś porównuje z nim Twój film, to "wiedz, że coś się dzieje", jak mawia ksiądz Natanek (uwaga, popkulturowe nawiązanie).

W tym filmie leży praktycznie wszystko. Konstrukcja świata nie ma żadnego sensu, a dystopijne elementy (jedyne ciekawe) są wyłącznie bezsensowną dekoracją, z której nic nie wynika; lepiej skonstruowane scenariusze mają odcinki Świnki Peppy. Nawet gra aktorska jest tragiczna. Jedynym aktorem, na którego da się patrzeć bez bólu zębów jest Ben Mendelsohn jako główny czarny charakter, ale to tylko dlatego, że albo nie zorientował się, że gra w filmie kręconym na serio, albo stwierdził, że to chromoli, bo na poważnie nie da się brać udziału w tej produkcji.

Oczywiście kluczem do sukcesu tego filmu (i powodem absurdalnie wysokich ocen i pojawiających się, tu i ówdzie, entuzjastycznych recenzji) jest nostalgia dzisiejszych 30-40-latków za utraconym dzieciństwem, na której ten film bezczelnie żeruje. Osobiście nie mam nic przeciwko puszczaniu oka do widza i nawiązaniom do wcześniejszych motywów czy dzieł popkulturowych. Ale jest takie powiedzenie - "co za dużo, to niezdrowo" - i ten film doskonale pokazuje, że jest to bardzo mądra myśl. Absurdalne nagromadzenie dosłownie wylewających się z ekranu postaci, wyciągniętych żywcem z innych dzieł, zaczyna męczyć już po jakimś kwadransie, a pod koniec seansu widz jest już totalnie zobojętniały i przestaje go obchodzić ciągły korowód bohaterów innych filmów. No bo ileż można się bawić w grę z gatunku "ukryte obiekty"? (O - DeLorean, o - Freddy Kruger, o - żołnierze z Halo, o - dinozaur, o - Stalowy Gigant, itp. itd. do wyrzygu...) Inna sprawa, że właściwie nic innego do roboty widzowi nie pozostaje, bo jak już pisałem wyżej, prymitywny scenariusz raczej nie zachęca do śledzenia żenującej fabuły o nastoletnim stulejarzu, który musi rozwiązać kilka łamigłówek w "Second Life" żeby zdobyć upragniony artefakt i móc wreszcie stracić dziewictwo z poznaną w grze panienką, która jakimś cudem nie jest brzuchatym 50-latkiem z Chin, tylko mieszkającą w tym samym mieście piękną i "nie zajętą" dziewczyną.

Nawet efekty specjalne nie ratują tego obrazu. Oczywiście są one celowo "uprymitywnione", bo ich "plastikowość" ma oddawać nierzeczywistość tego świata - skoro to gra, to efekty nie mogą być fotorealistyczne, pomyśleli twórcy. Jest jakaś logika w tym założeniu, ale taka decyzja pociąga za sobą poważne konsekwencje. Oglądamy bowiem film, który dzieje się w jakichś 80% w świecie wirtualnym, ale ten świat jest brzydki i topornie wyrenderowany. Co z tego, że celowo? Jak już pisałem - nie da się czerpać na tym filmie przyjemności ze śledzenia fabuły. Na wielu innych głupich filmach można się dobrze bawić, ciesząc oczy wspaniałym światem wykreowanym przez mistrzów grafiki komputerowej. Tutaj to nie działa. Więc co pozostaje? Wyłącznie ta nieszczęsna, niestrawna w takiej dawce, nostalgia.

W całym filmie jest dosłownie jedna genialna, ale to naprawdę genialna, scena, dziejąca się w pewnym hotelu (jeśli obejrzycie film, to nie będziecie mieli wątpliwości, o którą scenę mi chodzi). Pokazuje ona, czym mógł być ten film, gdyby miał porządny scenariusz, a twórcy bardziej się postarali, zamiast skupiać się na robieniu bezmyślnych operacji "kopiuj i wklej". Tę scenę trzeba zobaczyć, ale najgorszemu wrogowi nie polecam siedzenia na dwuipółgodzinnym filmie dla jednej sceny. Poczekajcie aż pojawi się ona na Jutubie albo poproście żeby pokazał Wam ją znajomy, który kupił płytę z filmem.

Ktoś może uznać, że ta recenzja napisana jest strasznie po łebkach a moje zarzuty nie są porządnie uargumentowane i że Spielberg zasłużył, żeby o jego filmach pisać bardziej solidnie. I ten ktoś będzie miał w zasadzie rację. Tylko, że przed napisaniem tej recenzji obejrzałem na youtube videorecenzję Łukasza "Ichaboda" Stelmacha pod znamiennym tytułem "Ready Player One - wsadźcie sobie tę nostalgię w (|)". Człowiek ten mówi tam dokładnie to, co sam sądzę o tym filmie. Jeśli więc po przeczytaniu powyższego tekstu czujecie niedosyt i ciekawi was, dlaczego mam do tego filmu zarzuty, które sformułowałem powyżej, to zamiast powtarzać jego słowa, odsyłam was do jego recenzji. Ot, takie moje popkulturowe nawiązanie.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Przeciętna ekranizacja ciekawej koncepcji. 6
  • 2018-06-02
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Możliwe spoilery Nie będę ukrywał, że po reżyserze pokroju Steven Spielberg oczekiwałem filmu co najmniej wartego obejrzenia powtórnie. Niestety twórca takich arcydzieł jak Szeregowiec Ryan, Park Jurajski, Szczęki czy trylogii o Indianie Jonsie zawiódł na całej linii, przedstawiając koleją nijaką papkę skierowaną do nastolatków. Sam temat nie jest może jakoś specjalnie oryginalny ale jest na tyle ciekawy, że pozwala na stworzenie interesującego filmu. Zamiast tego otrzymujemy historię świata przyszłość, w którym znudzeni ludzie otrzymali możliwość przeniesienia się do wirtualnego świata, gdzie mogą spełnić swoje marzenia. To akurat jako całkiem prawdopodobny scenariusz naszej przyszłości jest pozytywnym elementem. Diabeł tkwi jednak w szczegółach i samej fabule, w której nastolatek i garstka jego przyjaciół walczą z bezduszną korporacją, o odnalezienie trzech kluczy dających prawo własności do wirtualnego świata.

Dużym problemem tego filmu są o dziwo efekty specjalne i sam wirtualny świat. Zamiast jego ogromu dostajemy jedynie drobne wycinki, tak jakby były to zupełnie inne płaszczyzny nie łączące się ze sobą. Podobnie wygląda to przy początkowym wyścigu gdzie wszystko dzieje się tak szybko, że widz nie nadąża za pułapkami, które pojawiają się i znikają tak jakby pomiędzy brakowało kilku kadrów. Nieco lepiej przedstawia się ostateczna bitwa pomiędzy siłami korporacji a graczami z całego świata. Tu jednak wychodzi brak odpowiedniego rozmachu i poświęcenie temu starciu zbyt mało czasu i uwagi.

Patrząc po obsadzie to zatrudnienie w głównych rolach nastolatków ma sens, jednak problem z nimi jest taki, że brak im warsztatu przez co główne postacie są nijakie i nie otrzymujemy wyrazistych charakterów mogących wzbudzić sympatię czy antypatię widza. Niema więc, różnicy czy są to sceny z aktorami czy komputerowymi postaciami wszystko wygląda podobnie i jest pozbawione emocji.

Steven Spielberg stworzył historię do bólu prostą, gdzie wszystko układa się tak jak powinno w odpowiednim czasie, dobro zwycięża, a ludzie na zawołanie walczą w dobrej sprawie. Dodajmy do tego tony CGI, a sukces kasowy mamy murowany. Pytanie tylko czy pieniądz powinien być celem takiego reżysera.

1 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie