Tomb Raider 5.8

Lara Croft to niepokorna córka ekscentrycznego podróżnika, który zniknął, gdy dziewczyna miała kilkanaście lat. Teraz, jako 21-letnia kobieta, podąża własną ścieżką, odmawiając spełnienia woli ojca, który chciał dla niej spokojnego życia. Zostawia wszystko za sobą i udaje się w ostatnie znane miejsce jego pobytu. Poszukując śladów, musi odnaleźć osławiony grobowiec na mitycznej wyspie u podnóży Japonii. Jeśli nie przezwycięży własnych lęków, może nie przeżyć niezwykle niebezpiecznej wyprawy. Jak wiele poświęci, by poznać tajemnicę zniknięcia ojca i zyskać miano tomb raidera?

Recenzje

Bardzo kiepski przykład ekranizacji gry wideo. 3
  • 2018-04-15
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Możliwe spoilery Osobiście nie jestem przeciwnikiem ekranizacji gier wideo. To jest to samo co ekranizacja komiksu, czy książki. Bierzemy materiał źródłowy i modyfikujemy go tak, by nadał się na historię dla widza. Nie da się jednak ukryć, że jest to olbrzymie wyzwanie. Gry mają nad filmami taką przewagę, że są interaktywne. Ten jeden aspekt, potrafi sprawić, że nawet najprostsza historia robi się znacznie bardziej angażująca.

I to jest ta kluczowa bariera dzieląca oba światy. Po rozebraniu gry z warstwy interaktywnej, cóż nam zostaje? Zostaje nam fabularny szkielet, bez żadnego mięska, które by go wypełniło. Trzeba wiele wysiłku, by zastąpić ten aspekt interaktywności tak, by efekt spodobał się widzowi.

Między innymi dlatego naprawdę lubię filmy takie jak Need for Speed, Warcraft: Początek czy nawet Assasin's Creed. Warcraft udowadnia, że jeśli weźmie się na warsztat uniwersum wyjątkowo bogate w lore, można zrobić fascynującą historię, nawet jeśli stanowi ona kalkę wydarzeń z gry. Need for Speed i Assasin’s Creed zaś pokazują, że na podstawie uniwersum można stworzyć całkiem interesującą opowieść, która trzyma się jako całość sama w sobie.

Problem z ekranizacjami jest jednak taki, że aby zdobyć naprawdę dużą sympatię widowni tego typu produkcją, nie wystarczy coś, tylko porządnego. Konieczny jest film, który będzie fantastyczny. Rewelacyjny. Taki który olśni cały świat i pokaże wszystkim, że w ekranizacjach gier wideo tkwi przyszłość.

I tu pojawia się Tomb Raider. Wszyscy znamy postać archeolożki plądrującej różne świątynie w poszukiwaniach magicznych i sekretnych artefaktów. Choć gry istnieją już od bardzo dawna, prawdziwym kopem do sławy dla tej postaci były ekranizacje gier, z Angeliną Jolie w roli tytułowej Lary Croft.

Jednakże czasy się zmieniły. Wbrew pozorom nie wystarczy już wrzucić atrakcyjnej kobiety w skąpe ciuszki na okładkę, żeby skupić na sobie uwagę publiki. Wymusiło to pewne zmiany w grach, które objawiły się w grze Tomb Raider z 2013 roku. Jest to zupełnie nowa Lara. Lara niebędąca już niezniszczalnym komandosem w szortach, tylko młodą przerażoną dziewczyną, która przez zwykłego pecha wylądowała na odciętej od świata wyspie, na której musi walczyć o przetrwanie. Poza tym gra pozwoliła sobie na znaczne rozbudowanie właśnie fabuły, zapewniając obsadę zróżnicowanych interesujących postaci, i dodając do układanki niespodziewane zwroty fabularne.

I tym oto sposobem, po moim długim i krętym wstępie, docieramy do filmu Tomb Raider, który od jakiegoś czasu można obejrzeć w kinach. Wydawać by się mogło, że to recepta na sukces. Mamy słynną ikonę popkultury w nowej formie, na podstawie gry, która okazała się olbrzymim hitem. Żyć nie umierać, czyż nie? No chyba jednak nie…

Nie złamię nikomu serca, mówiąc wprost, że Tomb Raider jest produktem kompletnie niewartym uwagi. Choć jednak w ogólnej ocenie zgadzam się z innymi recenzjami , powody mojej niechęci leżą w trochę innych punktach.

Największy problem filmu to ogólne niezdecydowanie, jaka ma być ta nowa przedstawicielka rodu Croftów. Widać, że twórcy filmu, choć bazowali na nowej serii gier, chcieli też nawiązać do panny Croft w wykonaniu Angeliny Jolie. Z tym że obie te interpretacje postaci są naprawdę bardzo od siebie różne. Aż za bardzo. Do punktu, w którym NIE DA się tego połączyć w rozsądny sposób. W rezultacie otrzymaliśmy zupełnie nową wariację na temat Lary, która cierpi najwidoczniej na jakieś rozdwojenie tożsamości jak Kevin z filmu Split.

Najbardziej cierpi na tym fabuła, która bierze ogólny koncept, ale jednocześnie wyrzuca wszystko, co czyniło go ciekawym za okno. W grze, Lara nie pojawiła się na wyspie z własnej woli. W grze, Lara brała udział w podróży na wykopaliska, by razem ze swoimi znajomymi wziąć udział w wykopaliskach archeologicznych. W filmie zaś, Lara sama podejmuje szereg bardzo głupich decyzji, które w końcowym rozrachunku jedynie prowadzą do dalszego pogorszenia sytuacji dla wszystkich zamieszanych w fabułę postaci. Ba, film mógłby skończyć się po 15 minutach, gdyby tylko główna bohaterka posłuchała swojego ojca. Ktoś może powiedzieć, że jest po prostu buntownicza. Jednakże istnieje spora różnica między byciem buntowniczą osobą a byciem kompletnym idiotą.

A co gorsza, im dalej w las, tym tylko gorzej, bo filmowi jeszcze gorzej idzie rozróżnienie, od której Lary co należy zapożyczyć, by popchnąć wydarzenia do przodu. Główna oś konfliktu na wyspie rozbija się między Larą a organizacją o nazwie Trójca, która pragnie dostać się do grobu królowej Chin, Himiko, która według wierzeń ludowych kontrolowała śmierć. Mamy więc tutaj ten dziwny konflikt, gdzie z jednej strony, bohaterowie poszukują mistycznych artefaktów, prawie jak w filmach z Angeliną Jolie, ale jednocześnie muszą oni walczyć o przetrwanie na wyspie pełnej najemników uzbrojonych po zęby.

I co gorsza, wszystko jest przerzucone przez swoisty filtr „rzeczywistości”, który ma zapewniać, że wszystko, co widzą, jest takie realne i prawdziwe. Rezultat jest taki, że pod koniec filmu, kiedy wytłumaczone jest prawdziwe znaczenie legendy o Himiko, są nim… Zombie. Nie zmyślam.

W tym momencie warto napomknąć, że w grze faktycznie pojawiały się wątki paranormalne, gdzie jednym z finałowych bossów, była Himiko właśnie. I jest to zupełnie inna postać od tej Himiko w filmie. Posiadała ona magiczne umiejętności, a jej główną motywacją była chęć powrotu do świata żywych w cielesnej formie, by odzyskać władzę nad swoim królestwem.

Czy jest to nierealistyczne? Prawda. Tylko powiedzcie mi, co byłoby gorsze – szczerze zawarcie w filmie wątków paranormalnych, czy może, zamiecenie wszystkich tych elementów pod dywan, i jako jedynego słusznego prawdziwego wytłumaczenia, postawienie fiolki z wirusem T? Bo to jest dokładnie to, co zrobił film. I już pal sześć, że nie ma to sensu w kontekście tej fabuły. To jest po prostu kolejny policzek wobec materiału źródłowego – coś, co nie powinno mieć miejsca w żadnej ekranizacji!

Nie pomaga aktorstwo. Kompletnie nie kupuję Alicii Vikander jako Lary Croft. Pominę już kwestię różnicy wieku między aktorką a jej bohaterką. Tak samo, jak scenarzyści, ona też nie ma pojęcia czy chce być Larą Croft, która kopie tyłki wszystkim przeciwnikom, czy chce walczyć o przetrwanie. Inne postaci, które pojawiają się w filmie również, mają kiepskie ugruntowanie w tych wszystkich realiach. Są to jedynie puste białe kartki, które służą tylko temu, by pchać wydarzenia do przodu. Nowa interpretacja Mathiasa Vogela nie ma nawet połowy uroku przeciwnika z gry wideo, ani nawet tyle zmyślności.

Z innych problemów, film jest stanowczo za długi. Przeważnie nie przeszkadza mi długość oglądanych filmów, ba, lubię długie produkcje. Tylko że Tomb Raider jest po prostu przerośniętym flakiem, który nie ma absolutnie nic ciekawego w środku. Ten film jest przepełniony nudą, na każdą scenę akcji przypada kilkadziesiąt nudnych dialogów i scen, które nic nie wnoszą do całości. Ba, nawet te sceny akcji kompletnie nudzą, bo przecież nie obchodzą mnie postaci, które obserwuję na ekranie.

To powiedziawszy, muszę przyznać, że film wygląda naprawdę porządnie. Efekty specjalne są dopracowane, nawet jeśli niektóre co bardziej przesadzone sekwencje, bardziej przypominają kreskówkę z cyklu Zwariowane Melodie (jak sekwencja we wraku samolotu). Muzyka zaś jest. Tak po prostu. Trudno powiedzieć coś więcej na jej temat, głównie, bo jest taka zapominalna.

To powiedziawszy, myślę, że mogę skończyć ten wywód. I tak zużyłem o wiele za dużo słów na opisanie tej pomyłki. Słów, które mógłbym użyć, by polecić wam coś o wiele ciekawszego. Jak chociażby Player One. Jeśli lubicie gry wideo, jest to film, który o wiele bardziej się wam spodoba. Albo Ciche Miejsce. Serio, jeśli myślicie, że nie da się zrobić horroru bez Jumpscare’ów musicie to zobaczyć! Byle nie Tomb Raider. O nie… Ten film cierpi na problemy z własną tożsamością. Nie wie, o czym chce opowiadać, i nie wie, jak chce o tym opowiadać. Próbując pogodzić dwie zupełnie odmienne koncepcje postaci, staje się czymś innym. Czymś niezrozumiałym, bezsensownym, i bez szacunku do materiału źródłowego.

0 z 2 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Tom Raider to wtórne, bez cienia fantazji nieudane kino przygodowe, które stosuje przez dwie godziny cały czas te same zabiegi stylistyczne i fabularne i mimo tempa akcji jest nudno i mdło. 3

Jeżeli filmowca do stworzenia kina, a właściwie odtworzenia kultowej postaci popkultury, która znalazła się już przecież na ekranie, zainspirowała gra , to naprawdę wiele nam może powiedzieć o nadchodzącym seansie. Nie mając nawet wiele nadziei wobec nowego Tomb Raidera, to i tak jest to ilość wystarczająca, żeby się rozczarować. To produkcja, która w ogóle nie ma pomysłu na siebie, jest jak gra komputera (nie chodzi o pomysłowość i popularność, a raczej budowę i jednotorowość), gdzie fabuła jest pretekstem do wygibasów głównej bohaterki. Ten pot jednak na nic, bo film jest kalką za kalką kina akcji, a w podszewce swojej fabuły – refleksji o konsekwencjach ingerencji w mitologię, tradycję, nowoczesności i współczesności oraz niszczenia przeszłości, jest również wtórny i nieznośnie naskórkowy.

Mamy się trochę nie domyślać, ale powoli przewidywać z kim mamy do czynienia poznając Larę Croft. Spotykamy ją w sytuacjach bardzo prozaicznych – zamiast odczytywania starodawnych rycin są nieopłacone rachunki, zamiast skakania do wodospadu, ściganie się rowerem po mieście i boksowanie z przyjaciółmi. To ma być prologiem do poznania charakteru Lary. Bezkompromisowa, nie chce podpisać papierów stwierdzających śmierć ojca, który zaginął przed laty, a tym samym przejąć ogromny spadek po nim. Jest jak on – również bez instynktu samozachowawczego, pełna odwagi i brawury, wiary w coś więcej niż rzeczy pragmatyczne. To wstęp do tego, że za chwilę znajdziemy się razem z nią w skrajnie innej przestrzeni i rzeczywistości, a Lara będzie się zachowywać jakby to były dalej zabawy na mieście ze znajomymi – nam też towarzyszy równoległe do tego napięcie. Trafia na zapiski ojca, zaczyna dłubać i rusza po przygody, by powstrzymać współczesne korporacje przed ubiciem interesu na wszystkim i nieuznaniu za świętość niczego, niezależnie ile stuleci przetrwało.

Film Tomb Raider paradoksalnie im dłużej trwa, tym jest nudniej. A raczej następujące wydarzenia zaczynają być szybko przeżyciem wtórnym. Nieustanna walka o przetrwanie Lary, co chwile spotkanie oko z oko ze śmiercią i wychodzenie z opresji to nie jest codzienny obrazek. Ale powtarzany przez dwie godziny jak nakręcona pozytywka z krótką melodią, w której są dwa obozowiska – dobrzy i źli, naprawdę nie powoduje u nas zdziwienia ani przerażenia. Nie podzielamy zaskoczonych min bohaterów, którzy odrywają kolejne karty historii starożytnej postaci, wokół której krąży wiele legend. Dlaczego? Wszystko jest zrobione bez ducha, mistyki, nie udziela nam się ta przygoda, skrótowość jest tutaj okropna dla fabuły i szybko bierzemy wszystko w cudzysłów. Jak w grze. Można zacząć od nowa, zapisać. Wiemy, że tu się nic tak strasznego nie stanie, bo mamy jąkanie się ludzi walczących do ostatniego tchnienia o „wartości” i tych z cwanymi minami, chcących zawładnąć wszystkim.

Wątek protagonistki stającej naprzeciw antagonistów naprawdę kręci się w kółko, a film wręcz ilością scen kaskaderskich demaskuje swoje braki w scenariuszu, który chciałby być Indianą Jonesem, a wyszło napięcie jak z wizyty w Hangarze 646 – mnóstwo zabawek, trampolin, atrakcji, ale przecież nikomu nie stanie się nic złego.

Do tego temat „wartości” wspomniany wcześniej, odnoszący się do wspomnień bohaterki z dzieciństwa, oddaniu ojcu do ostatniej chwili, ryzykowanie dla niego życia. To wszystko jest okrutnie ckliwe, naiwne, retrospekcje bez braku wyobraźni, a ich relacja taka oczywista, szlachetna i czysta, że bylejak już bardziej być nie może. To kolejna próba zrobienia filmu o czymś – nieudana.

Tomb RaiderTo nie przeszczepia nam żadnych emocji – wszystko jest płaskie, przewidywalne i od początku wiemy dokąd zmierza. A po drodze popatrzymy na serie zupełnie nieimponujących starć bohaterki, które są jak jeden krok powtarzany w kółko w tańcu. Lara Croft przechodzi tutaj przemianę w Tomb Raider na poziomie – trochę się bardziej ubrudzę i wyłączę podczas biegania endomondo. A my nawet jak wyłączymy jakiekolwiek myślenie to dostaniemy kiepską rozrywkę, bo bez grama autorskiej kreski, czy fantazji. Dużo skoków w filmie, ale jeden szczególnie nieudany – na pulsujące i dobre kino przygodowe.

1 z 4 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie