Tully 6.7

Marlo (Charlize Theron) od zawsze robiła wszystko samodzielnie, ale po narodzinach trzeciego dziecka opadła z sił. Za namową brata (Mark Duplass) decyduje się zatrudnić do pomocy w domowych obowiązkach młodą nianię, Tully (Mackenzie Davis). Tajemnicza opiekunka szybko wywraca do góry nogami życie rodziny. Marlo musi zmierzyć się z przebojową i pełną energii dziewczyną, która ma w sobie wszystko to, co Marlo utraciła.

Recenzje

Tully to film, który w zwyczajnym, skromnym anturażu bierze się za poważne sprawy o życiu jako konkurencji, demaskując mit CUDU NARODZIN i matek, które w XXI w. muszą być boskie. 8

Jak skutecznie bez przeciążenia dramatycznego obalić mit i pokazać kulisy CUDU NARODZIN, gdzie później często cudem jest przetrwanie matki? Można to sprawdzić podczas seansu Tully, gdzie udało się połączyć bezpretensjonalną, bardzo oszczędną i czułą narrację ze zdemaskowaniem pewnej utopijnej wizji macierzyństwa, a także popolemizować z nieustannym naciskiem kulturowym kneblującym usta kobietom, by nie mogły powiedzieć: nie dam rady! Można mieć pretensje do pewnej zagrywki reżyserskiej rozbijającej strukturę wyłącznie dla pochwały własnej fantazji, ale finalnie to seans szczerości i pozornie spokojne studium gigantycznej, kobiecej odpowiedzialności i konsekwencjach z nią związanych.

Marlo jest matką dwójki dzieci i nie widząc już własnych stóp oczekuje na kolejne potomstwo. Przyglądamy się codziennym rytuałom rodziny, gdzie role są podręcznikowo rozdane. Można powiedzieć, że sprawiedliwie, bo ona zajmuje się domem i dziećmi, a jej mąż pracuje na rodzinę – jednak ciężko zadeklarować, co ustawione na wadze byłoby cięższe. Film jest poprowadzony z perspektywy, a raczej z uwagą i soczewką ustawioną na Marlo – kobietę silną i świadomą posiadania trójki dzieci, ale gdzieś tam nieustannie widzącą lepsze od niej. Matka XXI wieku wygląda inaczej, niż ona. Marlo nie piecze babeczek, nie ma czasu na makijaż i codzienną zmianę garderoby, a i tak jest wiecznie niewyspana. To wyczerpanie nie jest spowodowane tylko względami fizycznymi, ale również ściganiem się z wykreowanym mitem doskonałej matki. Jak bardzo jest on fantazją, mrzonką, możemy się przekonać spotykając jej brata z żoną, którzy są w o wiele lepszej kondycji, bo tak naprawdę o wiele mniej czasu poświęcają dzieciom. Robią karierę by mieć pieniądze na kogoś, kto zajmie się ich dziećmi za nich. Paradoks, ale kto dostanie odznaczenie matki roku? Nie kobieta, która zna każdy wyraz twarzy swojego dziecka, a ta która zadba o swój – pełen uśmiechu i świeżości.

To właśnie dzięki bratu i jego żonie, rodzina dowiaduje się o takiej postaci jak nocna niania. Marlo jest bardzo sceptycznie nastawiona do obcej osoby w swoim mieszkaniu, ale finalnie przy piętrzących się problemach i coraz większym brzuchu, po narodzinach dziecka zatrudnia nianię – Tully. To młoda, przebojowa dziewczyna, która wnosi od początku nową energię i witalność. Podchodzi do opieki nad dzieckiem w bardzo intrygujący sposób – wiąże jego samopoczucie z samopoczuciem matki. Nie jest tutaj tylko, by zająć się maleństwem, a także naszą wyczerpaną bohaterką.

Jednych może drażnić zabieg, który zastosował reżyser, bo jest, jak gdyby z innej bajki. Innych zaintrygować ubarwienie budowy produkcji. Jednak niezależnie od reakcji na to (Tully to wyzwanie dla recenzenta w kwestii unikania spoilerowania) film jest świetnie poprowadzony od początku do końca, z konsekwencją postawionych tez i nieporzuconych po drodze refleksji. Piękno tej produkcji tkwi w naturalnie złapanym świecie rodziny, niby niewytworzonym na potrzeby filmu. *Poczucie humoru jest tutaj ogromne, nikt go nie wymusza, nie oblicza momentu, nie kalkuluje, wydobywa się z życia. Lekkość tego filmu łączy się doskonale z oddaniem ciężaru jaki towarzyszy Marlo… i nie chodzi o jej brzuch. I nie bójmy się użyć słowa ciężar, bo właśnie ten film ma intencje obalenia. Radość z posiadania rodziny i bycia matką nie wyklucza się z momentami wściekłości, niechęci, zastanawianiem się „a co by było gdyby…”, fantazjowaniem o innych scenariuszach swojego życia. Matka nie musi być synonimem umęczenia i cierpienia – nie przestaje być człowiekiem, któremu należy się prawo do odczuwania, a nie tylko zębów zaciskania. Podano ten temat w komedii Złe Mamuśki, jednak w niezobowiązujący sposób, po prostu w przejaskrawiony, z podobnymi intencjami wystawiając środkowy palec jakimś komunałom społecznym i rozrywając regulamin. Tully opowiadana jest inaczej, ale pokazuje ten sam ostracyzm, tę samą presję i brak przyzwolenia na prawdomówność. Kobiety robią tak z przyzwyczajenia do pewnych ról społecznych, wchodzą w nie coraz mniej zgrabnie, jak w sukienki z czasów „przedciążowych”, ponieważ coraz głośniej mówi się o zatrzymaniu nonsensu, opowiadaniu nieopowiadanego na głos cierpienia wykrzykiwanego do środka – bo życie w rodzinie się zmienia, ale jednak największa inwazja dotyczy kobiety w sferze cielesnej i emocjonalnej.

Pojawiają się tutaj świetnie wpisane w obserwacje zwykłego życia pytania o rodzicielstwo, o depresję poporodową, do których odwagę na ich zadanie udaje się zdobyć coraz częściej, ale nieustannie jest to temat niewygodny, bo każący wyjść społeczeństwu ze strefy komfortu – niezależnie od płci. Bo w filmie nie ma wcale dwóch drużyn. Obie grają do tej samej bramki, obie zgadzają się na panujące zasady, obie cierpią i nie mają świadomości do końca dlaczego. Dlatego ten film mimo swojej kołyszącej natury opowiadania, jednak prowokuje dyskusje na pewne tematy – nie ma w nim ani grama obojętności, za to jest duża potrzeba wyładowania przeciążonych kłamstwem ukutych schematów i robi to szalenie zgrabnie.

Tully to film mądry, delikatny, ale pod powierzchnią dosadny. Zwyczajnie opowiada o rzeczach nadzwyczaj trudnych i jednak nieustannie będących gdzieś daleko na liście spraw, które sobie musimy zredefiniować współcześnie. Ten film to też wyważony protest przeciw myśleniu, że kobieta potrzebująca pomocy, to kobieta nie feministka, nie superbohaterka, nieprawdziwa, nieudana – wiązanka negatywnych określeń nie ma końca. Wcale o jej wartości i zwycięstwie (życie jako konkurencja…) nie świadczy samowystarczalność. Kotara domowego ogniska opada, ale bez płomieni i pożaru, a we wspólnej zadumie.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie