Maudie 5.5

Film jest niezwykłym romansem, w którym pewien samotnik (Ethan Hawke) proponuje kruchej, ale zdeterminowanej kobiecie zwanej Maudie (Sally Hawkins), żeby była jego gospodynią domową. Maudie, choć jest zgarbiona i ma kalekie dłonie, jest pełna energii. Chce być niezależna, żyć z dala od jej nadopiekuńczej rodziny – i przede wszystkim pragnie z wielką pasją malować obrazy

Recenzje

Więc chodź pomaluj mi świat. Skromna historia "niby" o malarce, a tak naprawdę silnej kobiecie, determinacji w czuciu i uczuciu! 8

Jeżeli historia dotyczyć będzie malarki, to mamy spore oczekiwania, ale też obawy. Może będzie to pean dla niej, pełne emfazy, kucie jej wizerunku w złocie. Albo mocno wskazująca palcem, wręcz chełpiąca się, bez skromności, historia o ekscentryzmie, oryginalności i wyjątkowości. Maudie staje temu naprzeciw, bo mówi o malarstwie wiele, ale nie w charakterze sztuki o sztuce. To bardzo piękna i skromna, słodko-gorzka historia o miłości do drugiej osoby pomimo wszystko oraz na przekór tych WIELKICH ARTYSTÓW – to obecność drugiego człowieka, a nie samotność, sprawia że człowiek jest gotowy zrobić wiele. „Dla siebie można zrobić dużo, ale dla drugiego człowieka…”.

Prowincjonalna rzeczywistości, w której Maudie jest lokalną dziwaczką. Tak naprawdę ma tylko inny chód, reszta to charakter – introwertyzm i inne spojrzenie na świat. Chorą i inwalidkę życiową zrobiła z niej rodzina. Maudie potrafi oczarować, jest specyficzna i bezpośrednia, ale to jedna z tych niewielu osób, które mamy śmiałość nazwać – dobra i odważna. Czujemy, jakby nosiła na sobie powłokę ochronną przed wszystkim co złe, a przecież rzeczywistość wcale jej nie oszczędza. Ma w sobie mnóstwo siły – dla niektórych jednak uśmiech nie jest objawem szczęścia tylko wariactwa. Z czego się cieszyć, przecież zawsze są jakieś problemy z tym życiem. Maudie zakochuje się, a właściwie z początku udaje (bardzo nieudolnie), że chce tylko sprzątać i być gosposią u człowieka o imieniu Everett. Mało kto może w to uwierzyć, łącznie z nim samym. Jest to mężczyzna szorstki, ograniczający kontakt z ludźmi do minimum, nieprzewidywalny. Maudie widzi więcej – ma świadomość jego charakteru, nie poddaje się jego terrorowi – wie, że za tą zaporą stworzoną przez nielubianego przez ludzi (ku własnej ucieszy) bohatera, jest bardzo zranione i zlęknione bliskości, serce. Początki nie są łatwe, nie ma tu żadnych skrótów, ich komunikacja to ciężka przeprawa, kończąca się płaczem i wieloma okrutnymi słowami wypowiedzianymi w stronę Maudie. Jednak on jeszcze nie wie, jak bardzo jej potrzebuje.

Na początku boi się zamieść, by nie zrobić tego niewłaściwie, spotyka się oczywiście z nieuzasadnionymi pretensjami i krzykami – taktyka obronna. Potem odkrywa farbę i jest zafascynowana. Zaczyna się od jednego kwiatka na szybie, co spotyka się ze złością Everetta, a kończy na sprzedaży obrazów, przed ich malutkim obmalowanym jej ręką domkiem i występami w telewizji. Pomiędzy tym wszystkim ich relacja wcale nie wybucha, jak talent i popularność Maudie – to dalej droga przez nierówne ścieżki i sinusoida, w której są tony szczerości i też naszych najróżniejszych wątpliwości.

To kino poruszające swoją prostotą, fajerwerkami emocji, które wystrzeliwują dzięki pogłębionej psychologii bohaterów, a nie emanują z ekranu dla taniej atrakcji. Bez wzniosłości, z taką prawdomównością Ostatniej rodziny. Wszystko to ewoluuje. Nie wiemy na początku, jak i sama Maudie, że jest urodzoną malarką (to ciekawe, bo w kinie od tego jak się zaczyna pokazywać ekscentryczną postać, od razu spieszno wszystkim do ekspresyjnej prezentacji, że mamy do czynienia z artystką!) oraz tak zaradną i ciepłą osobą. Oraz, że to się nie zmieni. Natomiast zmieni się Everett, ale to też nie będzie przyspieszona, niewiarygodna przemiana bohatera, a ciężka praca i wysiłek. Dlatego też Maudie nie klaszczemy wyłącznie za talent, a wielkie serce i wiarę w drugiego człowieka. Reżyser nie wystawia jej na ołtarz, mimo tego. Nawet kiedy Maudie maluje obraz dla wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, nic się nie zmienia w jej zachowaniu, w jej spojrzeniu na Everetta i skromnym życiu. To też cudowna lekcja minimalizmu – jak się mało potrzebuje, to człowiek się dobrze czuje.

Maudie dosłownie realizuje: Więc chodź, pomaluj mój świat! To niepastelowa, nie tak kolorowa, jak jej obrazy (a tak widzi świat) nieprosta historia miłosna bez wykrzykników, a z wielkim wyczuciem i uczuciem.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie