W sieci 7.0

Nam Chul-Woo jest ubogim rybakiem wiodącym proste, ale szczęśliwe życie u boku żony i córki na północnym brzegu rzeki, która dzieli obie Koree. Codziennie łowi ryby w pobliżu newralgicznego punktu i straż graniczna zna go już na tyle dobrze, by ufać, że nie przekroczy niewidzialnej granicy na wodzie. Pewnego dnia jednak sieć poławiacza wplątuje się w silnik łodzi i Nam nie może nic zrobić, by powstrzymać dryfowanie łajby na południe. Po dotarciu do brzegu, zostaje natychmiast zatrzymany przez południowokoreańskich żołnierzy. Ambitny oficer przesłuchujący uznaje rybaka za szpiega. Dla nieszczęśnika zaczyna się gehenna, która zdaje się nie mieć końca.

Recenzje

W sieci to kino zaangażowane społecznie w sytuacje, w których nie powinien się znaleźć żaden człowiek - życie w Korei, aprat propagandy i dehumanizacja na porządku dziennym. 7

Kim Ki-Duk porzuca poezje, artyzm i nie traktuje każdej litery filmu jako fragmentu modlitwy odczytywanej podczas nabożeństwa. Sen, koszmar, marzenie? Nic z tych rzeczy. Jeden z najważniejszych i najbardziej płodnych reżyserów filmów wraca z kinem konfliktów. Jego W sieci to coś więcej niż poważny komentarz w sprawie kontaktów Korei Północnej i Południowej. To kino zaangażowane społecznie, niezmiennie opowiadane specyficznym językiem artysty.

Naszym bohaterem jest rybak z Korei Północnej. Jak co dzień, według rytuału dnia, Nam Chul-Woo wyrusza w podróż, by zapewnić rodzinie pożywienie i minimum dobrobytu. W surowej codzienności, bohater nie porusza się po monochromatycznej rzeczywistości. W jego żyłach krąży krew dla żony i dziecka. Podczas jednego z połowów, przekracza granicę, z powodu awarii łodzi. Znajduje się po stronie Korei Południowej. Jeden błahy powód, błąd, przypadek, los, zdeterminuje resztę jego życia. Przekracza granicę, nie tylko dosłownie...

Trafia do aresztu i witany zostaje na wszelki wypadek, już od samego początku jako szpieg lub zbieg. Kto by chciał zostać w Korei Północnej? Przesłuchuje go bezwzględny w metodach, wyznaczony do węszenia szpiegów człowiek, któreg przeszłość poznajemy półsłówkami. Wiemy, że jest zakochany w swoim kraju bez pamięci, a jego nacjonalizm jest rozpalony do czerwoności. Nasz bohater dostaje nowy, firmowy dres oraz szansę pozostania w Korei Południowej. W jednej chwili trafia na „spacer” po mieście, podczas którego nie ma zamiaru otworzyć oczu, bo wie że wracając do ojczyzny, będzie przesłuchiwany. Jednak w wyniku intrygi przetrzymujących go, otwiera i się rozgląda. Wszystko jest nowe, inne, ale nie uwodzi go to ani nie zachwyca. Raczej zamartwia go marnotrawienie jedzenia i fakt, że kobiety muszą się tutaj prostytuować by przeżyć.

W sieci to film, które chce powiedzieć o kilku rzeczach poważnych, na poważnie, bez znaków przystankowych. Pokazuje jak rozwinięty jest system propagandy, co nie jest wielkim odkryciem. Korea to kraj schizofrenii prawdy. Natomiast film zaczyna się spełniać, a reżyser pewniejszy staje się wtedy, kiedy wprowadza refleksje o miłości do ojczyzny i jaka to niewdzięczna relacja. Dodaje też subtelnie i umiejętnie, że nie do końca współcześnie istnieje oddanie narodowi i jak to jest niebezpieczne. Nie kocha się miejsca, a ludzi, bo to do rodziny chce wracać nasz bohater, a nie do kraju głodu, biedy i antyhumanitarnej codzienności. Dlatego taki kontrast buduje reżyser. Dla urzędników to sprawa rangi narodowej. Tutaj mamy zwykłego poławiacza ryb, który po prostu przekroczył granicę. Został upolowany i wykorzystany do politycznych rozgrywek. Bo państwo nie jest zainteresowane wcale obywatelem – to mit. Odrzucenie czasami już zbyt mglistej metaforyki i poetyki na poczet dalej inteligentnej i niebezpośredniej narrracji, w przypadku tego tematu zdaje egzamin.

To nie jest dla kraj dla żadnych ludzi. Za to film nie tylko dla entuzjastów mistyka codzienności, uczącego widza cierpliwości, Kim Ki -Duka. Nieobojętne wobec problemów świata kino, ale nie tylko spełniające funkcję misyjności, a artystyczności.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie