Bez słowa 5.4

Recenzje

Ostatni Mohikanin już poległ – teraz nastał czas na ostatniego Amisza. 5
  • 2018-03-01
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Luty na Netflixie wybrzmiewa w tonacjach cyberpunkowych. Twórcy najpierw zaserwowali subskrybentom przeciętny Altered Carbon, by kilka tygodni później powrócić w filmie pełnometrażowym, osadzonym w dystopijnej przyszłości. W Bez słowa czuć powiew franczyzy Blade Runnera, z drugiej jednak strony mistrz kina SF, Duncan Jones (Moon, Kod nieśmiertelności), postarał się wprowadzić kilka elementów, nietypowych dla futurystycznego nurtu.

Bez słowa powstał przede wszystkim z potrzeby umysłu i duszy jego reżysera i scenarzysty. Duncan Jones przez 16 lat starał się o realizację filmu. W pewnym momencie nawet – chcąc przykuć uwagę wytwórni filmowych – postanowił opowiedzieć historię w formie animacji _motion pictures_ (tak zrealizowano m.in. Ekspres polarny ). Inną alternatywą adaptacji scenariusza była możliwość stworzenia komiksu – powieść graficzna miała ukazać się nakładem wydawnictwa Dark Horse. Ostatecznie projekt trafił do rąk Netflixa – kwestią sporną pozostaje, czy była to dobra decyzja twórców.

Z drugiej strony Bez słowa to kino terapeutyczne dla reżysera, który na przestrzeni dwóch ostatni lat stracił obojga rodziców. Właśnie im zadedykował ten tytuł.

Marne 11% pozytywnych recenzji na portalu Rotten Tomatoes zahacza o przesadę, choć efekt końcowy wieloletniej pracy Jonesa faktycznie rozczarowuje. W Bez słowa ulokowany został każdy element, definiujący cyberpunkowe światy – główny bohater popada w stereotyp czarnego kryminału, na własną rękę wikłając się w niebezpieczne śledztwo. Nie zabrakło również futurystycznych technologii oraz femme fatale, igrającą z emocjami protagonisty. Mimo wszystko dystopia świata przedstawionego prowadzi dialog z realizmem – to żywa prognoza kierunku rozwoju, w stronę którego dąży europejska oraz amerykańska kultura i cywilizacja. Zupełnie inaczej sprawa wyglądała m.in. w Blade Runnerze 2039, gdzie tytułowa data oddalała przestrzeń ukazaną od znanych widzom standardów rzeczywistości.

Podczas gdy inne cyberpunkowe tytuły ostatnich miesięcy bardzo wiernie podchodzą do wymogów gatunkowych (niekiedy popadając w mierną pulpę licznych trawestacji motywów, jak miało to miejsce przy okazji Altered Carbon), tak Jones postanawia zrekonstruować objęte konwencje. W gruncie rzeczy bowiem Bez słowa to historia o ostatnim sprawiedliwym konserwatyście, przemierzającym miasto rozpusty i grzechu. W centrum fabuły znów mowa o uczuciach (chyba każdy cyberpunkowy tytuł koncentruje się na tym motywie), jednak odbiorca nie doświadczy tu dywagacji nad sztucznym ciałem i równie cybernetyczną inteligencją (wątek tak często powracający m.in. w Ghost in the Shell).

Niemy protagonista wnosi do filmu krztę oryginalności – tym bardziej, gdy widz uzmysłowi sobie, że jego milczenie skrywa niejednoznaczne podłoże interpretacyjne. Na tej jednak płaszczyźnie film wydaje się bardzo ortodoksyjny, jakby ktoś przetransformował kształtującą się, 16-letnią wizję Jonesa w niedzielne kazanie dla masowego odbiorcy. Bez słowa staje się bowiem wykładnią życia w rodzinie oraz schematem dążenia do stabilizacji w szalonym i niemoralnym świecie. Problematyka uderza we współczesne dysfunkcje społeczne, umiejętnie wplatając je w uniwersum wypełnione strip-barami z seks-automatami.

Niestety, Duncan Jones zapowiadał, że przedsięwzięcie będzie mroczne i niekonwencjonalne. Prace nad filmem zakończyły się, wydając światu tytuł chaotyczny, męczący i bardzo głęboko zakorzeniony w klasycznej estetyce cyberpunku. Z drugiej strony problematyka produkcji nie stawia widzom abstrakcyjnych pytań o sny androidów – przeciwnie, to humanistyczny traktat poszukujący moralnych wartości w świecie jutra. Summa summarum wszelkich wątków skupia się na ocaleniu jedynej niewinnej cząstki ukazanego wszechświata - kilkuletniej dziewczynki.

Każdy, kto oczekuje po tytule fantastyczno-naukowym akcji rodem z Gwiezdnych Wojen, rozczaruje się produkcją. Problem polega na tym, że większość bohaterów spędza swój czas niczym kinematograficzni buntownicy lat 60. - włócząc się bez celu po ulicach, topiąc swój świat w hektolitrach dialogów. To ciekawe, że z jednej strony twórcy serwują nam niemego bohatera (to właśnie on odpowiada za szkalowanie złoczyńców – najstarszy z braci Skarsgård nie wywiązał się jednak z aktorskiego zadania). Druga linia fabularna skupia się natomiast na słowotoku pary opryszków (wąsaty Cactus Bill to jedna z najlepszych kreacji Paula Rudda) – zbyt dużo w niej retorycznych skrótów myślowych, które w teorii mają służyć za ekspozycję świata przedstawionego. Ostatecznie powodują tylko dezorientację odbiorcy.

W latach 20. XX wieku w Niemczech ukształtował się termin "realizmu magicznego". Dziś, ten sam kraj (we współpracy z Amerykanami) wydał światu produkt, który bezpośrednio ochrzcić można mianem "realizmu cyberpunkowego". Ostatni Mohikanin już poległ – teraz nastał czas na ostatniego Amisza.

0 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie