Napalm 4.0

Recenzje

Niestety, intrygujące kino turystyczno-polityczne szybko przerwane zostaje miłosną historią reżysera i koreańskiej pielęgniarki Czerwonego Krzyża, dziejącą się blisko pięćdziesiąt lat wcześniej. 5
  • 2017-07-27
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Korea Północna to kraj osławiony w suchych dowcipach i pseudoinformacyjnym wideo rodem z drugorzędnych kanałów na YouTube. Claude Lanzmann przedstawia w najnowszym dokumencie własną wizję państwa, starając się wytłumaczyć enigmatyczny kult dyktatora, czczonego przez naród niemal z boskim namaszczeniem. Nabój wystrzelony w stronę kraju, w którym trwa permanentny stan wojenny, rykoszetem trafia w Stany Zjednoczone. Niestety, intrygujące kino turystyczno-polityczne szybko przerwane zostaje miłosną historią reżysera i koreańskiej pielęgniarki Czerwonego Krzyża, dziejącą się blisko pięćdziesiąt lat wcześniej. Nagranie nakręcone manierą współczesnych vlogów skutkuje godzinną „gadającą głową” – chyba nie o to chodzi w medium, jakim jest kino.

"Napalm" rozpoczyna intrygujący wgląd w rzeczywistość funkcjonowania totalitarnego państwa, jakim wciąż pozostaje Korea Północna. Lanzmann serwuje swoim widzom turystyczną przejażdżkę po stolicy kraju, Pjonjangu. Z bliska przygląda się kilkunastometrowym posągom zmarłych dyktatorów, z ironicznym komentarzem przechadza się po antyamerykańskim muzeum broni. Twórca wprost nie ujawnia swojej percepcji na doktrynę polityczną, wciąż żywą w Korei Północnej – jego wizję zdradza inteligentna ironia, podana w małych, lecz jakże celnych dawkach.

Reżyser doszukuje się powodu, dla którego Korea Północna nadal pozostaje pod rządami dyktatorów. Szokuje cyframi, związanymi z eksterminacją ludności cywilnej przez amerykańskie wojska. Miliony litrów napalmu spalające ludność cywilną oraz dzieci opłakujące ciała swoich rodziców to obrazy tyleż trwożące, co jawnie szydzące z amerykańskiego sposobu prowadzenia wojny. Widz ogląda je w sakralnej ciszy, stopniowo rozumiejąc światopogląd mieszkańców Korei Północnej – tym bardziej, gdy płonące zgliszcza Pjonjangu z kronik filmowych skontrastowane zostają ze współczesną panoramą miasta, pełną szklanych drapaczy chmur. Niestety, szybko okazuje się, że to nie travelog z błyskotliwym, nieco "Herzogowatym" voice-overem stanowi esencję "Napalmu".

Skojarzenie z niemieckim dokumentalistą jest nieprzypadkowe. Również Lanzmann konstruuje swoją postać jako jawnego bohatera filmu, pojawiającego się we własnej osobie w większości scen, wchodząc w interakcję z otaczającymi go przewodnikami, aktorami czy nastolatkami trenującymi taekwondo (genialna sekwencja pokazu sztuk walk). Finalnie reżyser decyduje się odwrócić kamerę i skierować ją bezpośrednio w swoją twarz... i w tym właśnie momencie wszelkie pozytywne refleksje związane z dokumentem pryskają jak bańka mydlana

Historia Lanzmanna związana z niemal hollywoodzką "love story", zakazaną, szaloną i namiętną, w rzeczy samej jest niezwykle intrygująca. Emocje padające z ust reżysera nie tylko ujmują swoją romantyczną retrospektywnością. Równocześnie stanowią ciekawe tło historyczne polityki Korei Północnej po II Wojnie Światowej oraz Wojnie koreańskiej, toczonej w latach 1950-1953. Grzechem jest sposób, w jaki zostaje ona podana.

Kino jako medium od zarania dziejów wyróżnia się jedną podstawową cechą: ruchem (na co wskazuje już angielska nazwa "movie" (film), powstała od słowa "move" (ruch, poruszać się)). Już pierwsze pełnometrażowe produkcje nieme cechowały się obrazem konkretnych wydarzeń rozpisanych na płaszczyznach czasu i przestrzeni (różnica kina względem fotografii). Godzinna historia Lanzmanna, podana w formie „gadającej głowy”, trwająca blisko 2/3 filmu, odbiera "Napalmowi" wartości kinematograficzne. Fragment śmiało mógłby zostać przetrawiony przez medium radia jako słuchowisko lub wydany w papierowej formie. Widz uniknąłby wtedy kinematograficznej i percepcyjnej katorgi. Dodatkowo godzinna wypowiedź reżysera sklejona została na stole montażowym koszmarnymi "jump cutami", których obecność pojawia się dziś wyłącznie w videoblogowym obiegu internetowym.

"Napalm" to kino polityczne, turystyczne i... terapeutyczne. Lanzmann wyraźnie stara się okiełzać powracające w pamięci sceny z młodości oraz te dotyczące największej miłości życia. Sama historia dwójki nieszczęśliwie zakochanych jest ciekawa i poruszająca – niestety, nie w takiej formie, w jakiej zdecydowano się ją zrealizować. "Napalm" jest zatem zlepkiem dwóch konwencji: dokumentu odkrywającego nieznane terytoria Ziemi i marnego wideo, które śmiało posłużyć może jako podcast w trakcie wykonywania innej, niewymagającej skupienia pracy. W innym wypadku pozostaje Wam tylko przez godzinę wpatrywać się w kamienną twarz oratora – jedynie zmarszczone brwi i opuszczony wzrok wskazują na wewnętrzny ból, wywołany przywoływanymi wspomnieniami. Wielka szkoda, gdyż pierwsze sceny filmu wskazywały na wyśmienitą podróż do kraju kilkunastometrowego, pozłacanego posągu Kim Dzong Ila.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie