Król lew 7.1

Młody lew Simba, pod czujnym okiem ojca, uczy się, jak mądrze rządzić królestwem zwierząt.

Recenzje

Nowe szaty króla 4
  • 2019-07-23
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Król Lew to jedno z największych osiągnięć Walta Disneya w historii. Ponadczasowa animacja, która nawet współcześnie zachwyca swoim rozmachem i emocjami. Jest to film niepotrzebujący w żadnym wypadku odświeżenia. Niestety inaczej do tematu podchodzą włodarze Domu Myszki Miki, którzy zdecydowali się na remake klasycznego filmu animowanego z 1994 roku. Jaki jest tego efekt?

Chyba każdy z nas zna historię małego lwa Simby, który z powodu tragicznych wydarzeń z nim związanych musi opuścić Lwią ziemię. Po latach wygnania decyduje się powrócić do królestwa swojego ojca i odebrać to, co jest mu należne.

Nie wierzę, że znajdą się takie osoby, ale jeśli nie znacie oryginału, to w tekście znajdują się spoilery dotyczące kilku kluczowych momentów w fabule filmu. Także uważajcie – czytacie na własną odpowiedzialność!

Tegoroczny Król Lew jest tak naprawdę starym Królem Lwem, który został ubrany w nowe szaty. Niby idzie w parze z trendami mody, jest pięknie wystylizowany, prezentuje się niczym kolekcje z mediolańskich wybiegów, ale mimo wszystko brak mu magii i klimatu. Film wyreżyserowany przez Jona Favreau to zwykły remake. I to ten najgorszy z możliwych, który nie ma zamiaru pokazać widzowi czegoś nowego, nie zaskakuje. Zamiast tego odgrzewa wszystkie elementy poprzednika. Brak w tym wszystkim serca i miłości do oryginału.

Mówi się, że nie szata zdobi człowieka. I coś w tym jest, jednak trzeba oddać królowi co królewskie. Król Lew wygląda fantastycznie. Komputerowo wygenerowane zwierzęta wyglądają, jak z obrazka. Momentami człowiek ma wrażenie, że ogląda kolejny program przyrodniczy, w którym główne role odgrywają zwierzęta zamieszkujące afrykańską sawannę. Całość dopełniają cudownie sfotografowane krajobrazy. I to właśnie dla tych dwóch elementów warto zobaczyć ten film na wielkim ekranie. Problemy zaczynają się w momencie, kiedy efekty komputerowe mają iść w parze z historią.

Połączenie fotorealistycznych zwierząt z musicalem było fatalnym pomysłem. Patrzeniu na lwy i inne zwierzęta śpiewające piosenki nie wyrażając przy tym żadnych emocji, towarzyszy naprawdę dziwne uczuciu. Zresztą nie chodzi tutaj tylko i wyłącznie o partie śpiewane, ponieważ dla przykładu smutny Simba nie różni się absolutnie niczym od wesołego Simby. Jest to coś czego twórcy nie mieli możliwości w żaden sposób przeskoczyć.

Inscenizacja niektórych scen również wypada w moim odczuciu nie najlepiej. Kultowa już sekwencja, w której Mufasa nie zważając na swoje życie rusza na pomoc Simbie robiła w filmie animowanym z 1994 roku piorunujące wrażenie. Czuło się to napięcie, emocje buzowały, a uderzenia kopyt antylop gnu można było poczuć na własnej skórze. W nowej wersji miałem wrażenie, że scena skończyła się zanim na dobre zaczęła.

Niestety twórcy poszli także na łatwiznę, jeśli chodzi o muzykę – jedynie słowa niektórych piosenek zostały pozmieniane. Sam miałem okazję obejrzeć film z oryginalną ścieżką dźwiękową, dlatego też w partiach śpiewanych mogłem posłuchać amerykańskich wersji utworów. Nie jestem jakimś wielkim fanem muzycznych karier Donalda Glovera oraz Beyoncé, jednak doceniam ich talent i jestem świadomy tego, że potrafią śpiewać. Uważam jednak, że w pojedynku z oryginalnymi wykonaniami wypadają gorzej. Nawet moja ulubiona piosenka z filmu animowanego, czyli "Can You Feel The Love Tonight" (swoją drogą w filmie została zaśpiewana… w dzień) nie robiła aż takiego wrażenia, jak powinna.

Wrażenie robi natomiast ścieżka z muzyką oryginalną, która nie do końca jest znowu taka oryginalna – w filmie wykorzystano bowiem muzykę Hansa Zimmera z filmu animowanego, za którą niemiecki kompozytor otrzymał Oscara. I oczywiście muzyczne arcydzieło jest obok efektów specjalnych i zdjęć krajobrazów najmocniejszym punktem widowiska.

Król Lew w moim odczuciu to film zbędny, który powstał z wiadomych pobudek. Wielomilionowa superprodukcja na pewno zachwyca pod względem wizualnym (jednak mam dziwne przeczucie, że za kilka-kilkanaście lat ten film nie będzie zdatny do oglądania z racji pędzącej do przodu technologii, czego nie będzie można powiedzieć o oryginalne), jednak nie można tego samego powiedzieć o samej historii. Walt Disney zdecydował się na odświeżenie klasyka – szkoda, że tylko pod względem animacji.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie