Słudzy diabła 5.8

Była śpiewaczka, ukochana matka czwórki dzieci, od kilku lat obezwładniona jest tajemniczą chorobą, która sprawia, że nawet najbliżsi czasem zbliżają się do niej z obawą. Źródło dolegliwości to jednak tylko jedna z wielu tajemnic, które krążą nad pozornie zwyczajną, pełną ciepła rodziną. Jakie sekrety kryją się na czarnych krążkach z liryczną muzyką piosenkarki? Czemu ojciec zniechęca rodzeństwo do codziennych modlitw? Kto wędruje nocą po mieszczącym się w sąsiedztwie cmentarzu?

Recenzje

Groza narasta, zmarła matka zaczyna na powrót pojawiać się w domostwie, a jeden z jej synów wydaje się przebywać pod władzą Złego. 5
  • 2019-03-07
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Tym razem Szatan ukrywa się w Indonezji, siejąc spustoszenie wśród tamtejszych rodzin. Słudzy diabła nie jest może horrorem odkrywczym – na szczęście widz bawi się na nim o piekło lepiej niż w trakcie innych seansów ghost story, hurtem wylewających się z amerykańskich wytwórni. Twórca żongluje konwencjami, mieszając ze sobą Omen, Dziecko Rosemary, Ring oraz żywe trupy pod wodzą George'a A. Romero. Cały ten popkulturowy kolaż ogląda się zadziwiająco dobrze.

Joko Anwar lubi mieszać w kinematografii – wcześniej zrealizował m.in. kryminał z elementami fantasy (Martwy czas: Kala) oraz przewrotny thriller psychologiczny (Modus Anomali). Jego najnowszy horror potraktować można jako swoistą periodyzację okultystycznego kina grozy – twórca sięga do kolebki, do „Dziecka Rosemary”, obrazując skutki wtargnięcia na rodzinne podwórko satanistycznej sekty, propagującej kult prokreacji. Kolejne historyczne tropy prowadzą przez Omen oraz Egzorcystę, aż do współczesnych produkcji o duchach na modłę azjatyckich klasyków.

Słudzy diabła stoją w niewygodnym rozkroku pomiędzy zabobonami z Indonezji a zerowym stylem, w jakim realizowana jest większość hollywoodzkich tytułów – w tym znaczna część horrorów. Szkoda, że Joko Anwar nie udał się w stronę rodzimej ludowości. Zamiast pogłębić motyw przesądów i pogańskich wierzeń, reżyser i scenarzysta sięgnął po kilka z najbardziej trawestowanych klisz kina grozy – mowa oczywiście o komputerowych duchach oraz zombie.

Produkcja zyskuje dzięki znakomitemu klimatowi oraz zbudowaniu świetnych relacji, między bohaterami Sług diabła – bez nich film zginąłby w piekielnych czeluściach nijakości. Również długie ujęcia kamery wprowadzają widza w nieustanną spiralę niewygodnego napięcia, podkreślając przy tym kunszt twórcy.

Groza narasta, zmarła matka zaczyna na powrót pojawiać się w domostwie, a jeden z jej synów wydaje się przebywać pod władzą Złego – niestety, w pewnym momencie widz przeładowany zostaje nagminnymi jumpscarami. Złożony, mroczny klimat po godzinie przeradza się w rutynę – szczególnie, że większość scen jest zbyt ciemna, by odczytać ruch na ekranie.

Najbardziej ludowy wydaje się strach wyeksponowany w warstwie fabularnej – chodzi naturalnie o lęk przed skażeniem duszy oraz masonerią, która wdziera się w krąg rodziny tuż po pogrzebie matki. Równocześnie twórca obrazuje rozpad indonezyjskiej familii, która nie może dojść do siebie po utracie bliskiej osoby. Żywe trupy oraz satanistyczna sekta obrazują przypadkowych ludzi, którzy bezwarunkowo wkraczają w granice domu, pogrążonego w żałobie, zaburzając jego spokój. Domowe ognisko trawi piekielny płomień z zewnątrz, zamieniając je w zgliszcza.

Film jest wtórny, jednak jego powtarzalność nie rani w oczy. Tym bardziej że twórca niemal od pierwszych scen wrzuca widza w intensywny, niepokojący obraz rodziny trawionej chorobą. Azjatycki horror znów pokazał swoją klasę, choć trzeba pamiętać, że im dalej na Wschód, tym straszniej i oryginalnej. Gwarantuję jednak, że tak sprawnej układanki różnych konwencji nie widzieliście od bardzo dawna.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie