Sukcesja 7.3

Nowy serial HBO o władzy, polityce, pieniądzach i walce o wpływy. Produkcja przedstawia historię amerykańskiej rodziny kontrolującej jedną z największych korporacji mediowych na świecie Waystar Royco. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku i przybliża widzom rozterki, z którymi mierzą się członkowie rodziny w chwilach, kiedy waży się ich przyszłość.

Recenzje

HBO znów robi to, co potrafi najlepiej: gra o tron – zamienia tylko natężony erotyzm oraz dosadne gore na burzliwy dialog rodzinnych spotkań. 8
  • 2019-03-07
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

HBO znów gra o tron – tym razem zamiast średniowiecznych zbroi zakłada eleganckie garnitury i wykwintne krawaty. Sukcesja to niemal do perfekcji skrojona seria żywego słowa; tytuł, w którym dialog staje się motorem napędzającym narrację. Dzięki równie wyśmienitemu aktorstwu korporacyjne intrygi na najwyższym szczeblu rodzinnego biznesu ogląda się wybornie.

Sukcesja przemknęła przez polskie HBO GO, właściwie nie dając o sobie znać w świadomości masowego odbiorcy. Szkoda, ponieważ serial to nie lada gratka dla każdego, kto pracował kiedyś w korporacji, kto z rodziną wychodzi dobrze tylko na zdjęciu albo do obłędu zaczytywał się w dziełach spod znaku „Hamleta” i „Króla Leara”. HBO znów robi to, co potrafi najlepiej: gra o tron – zamienia tylko natężony erotyzm oraz dosadne gore na burzliwy dialog rodzinnych spotkań. Ten staje się tym bardziej drapieżny, gdy pod uwagę brana jest wygórowana suma pieniędzy czy stanowisko prezesa całej korporacji. Fabuła skupia się bowiem na założycielu jednego z największych koncernów medialnych oraz jego dzieciach – każdym z zupełnie innej beczki, każdym posiadającym wachlarz wad i przywar, aż w końcu: każdym starającym się zagrozić patriarchalnej władzy ojca. Zamiast fantastycznych światów stacja HBO prezentuje realistyczny świat nowojorskich korporacji oraz ludzi na najwyższym szczeblu władzy. Czy robi to jakąś różnicę? Nie bardzo – zaborczy charakter ojca (króla?), świta jego oddanych współpracowników oraz archetypy rodem z dramatów Szekspira śmiało mogą zamienić korporacyjne wieżowce na średniowieczny dwór.

Jesse Armstrong wykonał kawał świetnej roboty – nadzorował i niemal w połowie napisał 10-godzinny serial, którego podstawowym filarem i siłą napędową jest słowo. Dialog wznosi tutaj stronnicze mury pomiędzy bohaterami, buduje napięcie oraz nakreśla – niekiedy zbyt natarczywy – humor. Litery czasem zostają nasączone jadem, czasem ociekają ironią – innym razem do perfekcji oddają nieporadność ukazanych członków rodu Royów. Nie miejcie złudzeń: w Sukcesji każda postać naznaczona jest zepsuciem, to wiąże się z prawem dolara, wyścigiem szczurów na maratońskim dystansie oraz równie deprawującym pragnieniem władzy. Sympatie z pierwszego odcinka spalą mosty waszej empatii w trakcie trwania serialu. Odcinek po odcinku status quo będzie lawirował między postaciami, a widzowie otrzymają najbarwniejszą kolekcję antybohaterów w historii telewizji. Royowie mają bowiem więcej wspólnego z familią Corleone albo innym mafijnym rodem, aniżeli zdrową i dobrze funkcjonującą rodziną. Tym zabawniejszy wydaje się fakt, że medialne królestwo – na czele którego stoją – jest głęboko zakorzenione po prawej stronie polityki oraz ideologicznego stylu życia.

Właśnie wspomniana, stała zmiana statusu quo wyróżnia produkcję na tle innych seriali, masowo tworzonych przez koncerny telewizyjne. Tego rodzaju tytuły powinny wodzić widza za nos, wyprowadzać go w pole i pozwalać wrócić po fałszywym szlaku, tylko po to, by w kolejnym odcinku znów pokazać narastający konflikt z zupełnie innej strony. Podobna maestria w miarę trwania serialu często traci na sile rażenia – najlepszym tego przykładem jest większość netfliksowych przeciętniaków (np. Berlińskie psy, Zagubieni w kosmosie albo dystrybuowany Titans). Sukcesja do samego końca nie daje za wygraną. Niemal każda decyzja bohaterów jest nieprzewidywalna i prowadzi w miejsce, którego nie spodziewali się widzowie. W tym kontekście mistrzowsko rozpisana zostaje postać Kendalla Roya (Jeremy Strong) – droga, którą pokonuje na przestrzeni dziesięciu odcinków, wyciska do suchej nitki narracyjne możliwości telewizyjnego medium.

Równocześnie mam nadzieję, że każdy sezon serialu skupi się na jednym z czworga dzieci medialnego magnata, Logana Roya (Brian Cox). Jeśli scenarzyści postąpią po mojej myśli, najbardziej będę oczekiwał sezonu poświęconego Romanowi. Wcielający się w niego Kieran Culkin wznosi się na wyżyny aktorskiego fachu, lśniąc pośród innych członków obsady. Nie było to łatwe, ponieważ pozostałe nazwiska – pomimo stosunkowo słabej rozpoznawalności – również dały z siebie wszystko na planie zdjęciowym. Nic dziwnego zatem, że Culkin został nominowany w zeszłym roku do nagrody Złotego Globu.

Twórcy wolą konfrontować ze sobą członków rodziny niż śledzić ich losy w pojedynkę, w odosobnieniu. Czasem staje się to zbyt nagminne, jak w odcinku ósmym, opowiadającym o wieczorze kawalerskim męskiej części rodu Royów (oraz ich przyjaciół po dochodowym fachu). Sukcesja stara się twardo stąpać po ziemi. Operatorska poetyka sposobu fotografowania garściami czerpie tutaj z kina dokumentalnego – kamera wykonuje gwałtowne zbliżenia na twarz, niekiedy jest roztrzęsiona, jak przystało na rejestrację obrazu „z ręki”. Konstrukcja bohaterów wznosi się na psychologicznym fundamencie, choć w przypadku kilku postaci twórcy postanowili odejść od realistycznej konwencji na rzecz filmowych schematów. Niektóre drugoplanowe osoby są aż nazbyt stereotypowe, m.in. Greg Hirsch (Nicholas Braun) pełni w serialu tylko i wyłącznie rolę comic reliefa.

Manipulacyjne sidła, rodzinne układy i postacie rodem z klasycznych dramatów teatralnych – Sukcesja nie ma sobie równych, jeśli chodzi o rzemiosło słowa oraz język telewizyjnych produkcji.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie