Tranzyt 4.0

We Francji trwa inwazja nazistowska, a wojska są tuż przed Paryżem. W ostatniej chwili Georg (Franz Rogowski) ucieka z miasta i kieruje się do Marsylii. Dla bezpieczeństwa mężczyzna przejmuje tożsamość zmarłego pisarza, którego dokumenty posiada, w tym wizę umożliwiającą wyjazd do Meksyku. W oczekiwaniu na statek wywożący uchodźców z Francji Georg poznaje Marie (Paula Beer), poszukującą swojego zaginionego męża - człowieka, pod którego podszywa się jej nowy znajomy.

Recenzje

Może zauroczyć swoją literacką duszą i poszukiwaniem uczuć w świecie, gdzie ważniejsze jest przetrwanie. Jednak szybko irytuje swoim chaosem, delikatnością, która sprawia, że to ulotne doświadczenie. 4

Tranzyt to ogromna obietnica. Dzieło osobliwe. Film, który pod rękę z oniryzmem, jakimś zniekształceniem percepcyjnym komentuje współczesne napięcie migracyjne nawiązaniem do rzeczywistości z czasów nazistowskich. Osadzony tu i teraz półsłówkami chce powiedzieć wiele słówek. Niestety strategia delikatności, subtelności, czy poetyckości utworu odwraca się przeciwko niemu. Film zamiast artystycznego jest artystowski. Zamiast skromnego, blady i mizerny, bez wyczuwalnego pulsu. To kino, które chce pokazać chaos i zagubienie, a tak naprawdę niestety to budowa i narracja filmu jest tym przepełniona.

Georg ucieka z opanowanego przez nazistowskie wojska Paryża do Marsylii. Nie cofamy się w czasie, to wszystko w obrazie, przestrzeni ma miejsce w XXI. Bohater podróżuje wraz z mocno rannym pisarzem. Ten niestety umiera po drodze, a Georg przyjmuje jego tożsamość. Będąc nim oficjalnie i legalnie może przekroczyć granicę i udać się do Meksyku, co jest planem wielu mieszkańców Europy żyjących w skrajnym zagrożeniu. Paradoksalnie nie eksponuje się tego napięcia tutaj na co dzień ani wcale nie zajmuje on tak głów bohaterów. Georg po przybyciu do Marsylii spotka na swojej drodze kilka niesamowitych postaci, a wszystko to będzie opisywał zza kadru narrator. Jak gdyby fikcja przetarła się z rzeczywistością i Georg wykonywał również ruchy z literatury zmarłego pisarza przyjmując jego imię i nazwisko.

Złożony to i zawiły utwór, który zapowiada upajającą wędrówkę po impulsach i odruchach ludzkich. O próbach poszukiwania uczucia w świecie, gdzie chodzi o to, by przetrwać i myśleć racjonalnie. Rzeczywistość rewiduje okrutnie inne podejście, niż egoistyczne i obśmiewa jakiejkolwiek przejawy romantyzmu i altruizmu. To bardzo intrygujące, ale jednak zbyt lekką i niespójną ręką poprowadzone.

Niestety, metoda narratora, która ma zwielokrotniać zagubienie bohaterów, tworzyć historię w historii dezorientującą również i nas, nie wnosi nic do utworu filmowego. Literackość jest strasznie wmuszona w Tranzyt i wygląda, jak próba odtworzenia jakiś cudzych, narracji filmowych. Nie buduje żadnej precyzyjnej atmosfery, wręcz rozbija próby jej zbudowania. Lepi się do widza różnymi sposobami, żaden jednak nie jest skuteczny, a w pewnym momencie już wyczuwamy nachalność.

Tranzyt to utwór kuszący wizualnie i aromatyczny, ale chwilę później zaczynający irytować. Przebrany za coś naprawdę wyrafinowanego szybko pokazuje, że w jednym miejscu jest popruty, tam za duży, tu za mały, a generalnie to kolory do siebie nie pasują i kogoś naśladują. Dziarska próba opowiedzenia językiem lirycznym o czasach gwałtownych. Jednak film myśli, myśli, myśli i się w pewnym momencie zamyślił. Nas jednak do wysiłku umysłowego nie sprowokował. Niezdecydowana produkcja. Zdecydowanie za krótkie zauroczenie, by mieć satysfakcję z tego seansu.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie