Samui Song 4.0

Viyada, trzydziestoletnia aktorka popularnych seriali, specjalizuje się w rolach czarnych charakterów. Jej życie prywatne także coraz bardziej przypomina filmową intrygę: kobieta tkwi w chłodnym małżeństwie z bogatym obcokrajowcem, niespełnionym rzeźbiarzem, coraz silniej angażującym się w religijny ruch pod przewodnictwem surowego guru. Bohaterka zmuszona będzie sięgnąć po drastyczne środki, by wydostać się z coraz bardziej opresyjnej sytuacji.

Recenzje

Wariactwo w dobrej kondycji, ale kiedy trzeba – kontrolowane. To obłęd, ale sprowokowany. Odważnie, siarczyście i z fantazją polemizuje ze zdaniem: „Nie ma zbrodni bez kary”. 7

Trudna opowieść, gatunkowa stonoga o wydzieraniu sobie prawa do wolności i specjalnie mało dyplomatyczna szydera z popkultury. Samui Song mocno ekscentrycznie, poddając pod dyskusję moralność i pojęcie sprawiedliwości, mówi o tym, że cel uświęca środki. Czasami to ryzykowna i chaotyczna rozgrywka o przyszłość, ale najróżniejsze przetasowania dają nam odważny obraz. Są momenty, kiedy film trafia w ślepe uliczki, ale wyrazistości nie da się mu odmówić.

Nasza bohaterka jest aktorką serialową, która mimo komfortowej sytuacji ekonomicznej, poukładanego – pozornie – życia, tak naprawdę funkcjonuje bardziej jako niewolnica niż żona milionera. Ten dominuje całkowicie nad kobietą, a jego poddawanie się coraz bardziej jakiejś wątpliwej religii, której nazwanie sektą nie byłoby przesadą, tylko pogłębia jego przekonanie o słuszności swoich działań. Wewnętrzne blokady bohatera wyrażają się w bezkrytycznym szukaniu pomocy w kręgach guru, ale i w tworzeniu sztuki. Ta eksponuje dużo niespełnionych seksualnych potrzeb i obsesji. Nasza Viyada gra na scenie, ale odstawia przedstawienie również poza nią. Do pewnego momentu. Trafi jej się okazja, z której skorzysta. Jej odwet będzie miał posmak zemsty bohaterki Kill Billa Quentina Tarantino, ale może dyskretniej i skromniej. Odbierz kobiecie życie takie, jakiego chce, to ona odbierze ci jakiekolwiek!

Określić, że Samui Song to kino brawurowe i anarchistyczne, to ogromne niedopowiedzenie. W jednej chwili mamy dosyć statyczny sposób opowiadania, ale kiedy vendetta zacznie się rozkręcać, to nie wiemy, z jaką prędkością i ile obrotów wykona. To utwór destabilizujący przyzwyczajenia widza, trzymający nas nieustannie w napięciu, gdyż każdy moment ostygnięcia sytuacji tak naprawdę staje się początkiem kolejnej potyczki. Prócz studium nad granicami walki kobiety o podmiotowość mamy tutaj intrygującą przeplataną thrillerem i kinem gore rozprawę o poczuciu winy oraz zbrodni i karze. Ludzkie instynkty potrafią na tyle być nastawione na przetrwanie, że nie doczekamy się uderzenia w piersi. A z drugiej strony znamy powody, które popchnęły bohaterkę do takich, a nie innych działań, i w nas samych pojawiają się ambiwalentne uczucia. Naturalna potrzeba orzeczenia o winie poprzez widza jest tutaj nie lada wysiłkiem i wyzwaniem. Tę dezorientację świetnie wyzwala w nas Pen-Ek Ratanaruang. Większość ma tutaj brud pod paznokciami lub krew na rękach. Nikt nie ma czystych rąk. Istotniejsze jednak jest, czy mówimy o kacie, czy o ofierze. Kto uruchomił to, będąc oprawcą, a kto się od niego wyzwala. Nawet jeżeli krzywdzący był bardziej elegancki w „manierach” i działaniach niż osoba działająca w samoobronie. Ciekawie też reżyser zastanawia się nad poczuciem odpowiedzialności u jednostki.

Samui Song to wariactwo w dobrej kondycji, ale kiedy trzeba – kontrolowane. To obłęd, ale sprowokowany. Odważnie, siarczyście i z fantazją polemizuje ze zdaniem: „Nie ma zbrodni bez kary”. Prócz cierpkiego posmaku krwi na języku jest gorzko, bo dodaje: „Jako kobieta możesz czasami AŻ zadecydować, na ile wydłużysz sobie łańcuch w pewnej kulturze i społeczeństwie. Nie zerwiesz się. Dorwą cię”. Opowieść o trochę wymuszonym przez świat szaleństwie.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie