Znana z makabrycznej twórczości malarka Deezy Donahue (Dora Madison) jest profesjonalistką w każdym calu. Nie mogąc ukończyć najnowszego dzieła, szuka inspiracji, sięgając po wszelkie dostępne środki odurzające. W pogoni za natchnieniem wpada w wir hipnotycznych tripów, spędzanych na dzikich domówkach i w heavy metalowych barach. Po kilku nocach spędzonych z rozmiłowanymi w rozpuście przyjaciółmi Courtney (Tru Collins) i Ronniem (Rhys Wakefield), Deezy zauważa w swoim organizmie pewne zmiany. Z jednej strony odzyskuje wenę i może dalej pracować nad obrazem, z drugiej – zaczyna odczuwać niezdrowy i coraz silniejszy pociąg do krwi.
Redaktor na FDB.pl oraz innych portalach filmowych. Pisze, czyta, ogląda i śpi. Przyłapany, gdy w urzędzie w rubryczce "imię ojca" próbował wpisać Petera Greenawaya.

Gotyckie historie w dekadenckich oparach współczesnej Kalifornii. 7

Gotycka literatura często stanowi szkopuł współczesnych filmów grozy. Z niej właśnie pochodzą wampiry, monstrum Frankensteina oraz niezliczona ilości historii o psychozie i obłędzie. Kolejny film wyświetlany w ramach przeglądu FEST MAKABRA, Ekstaza, przypomina soczysty mix kina lat 80., Climaxu w reżyserii Gaspara Noé oraz gotyckich powieści właśnie.

Ekstaza nie jest kinem grzecznym, schludnym i poukładanym. Elegancka fryzura współczesnych horrorów zostaje tutaj ogolona i zastąpiona punkowym irokezem. Już na starcie, w trakcie trwania napisów początkowych widz dostaje w twarz agresywną muzyką z ciężkim, heavy metalowym brzmieniem, podkręconym na pełny regulator. Wcześniej jednak pojawia się plansza z ostrzeżeniem dla epileptyków, żeby ci nie oglądali filmu ze względu na migoczące plamy światła. Do listy niepożądanych osób w trakcie seansu Ekstazy dopisałbym również nadwrażliwców, ludzi czułych na przemoc i wulgarny seks oraz malkontentów kina niezależnego (chociaż tych - mam nadzieję - jest wśród nas najmniej).

Widowisko skupia się na młodej malarce, która właśnie przechodzi kryzys twórczy. Termin zakończenia prac nad nowym obrazem zbliża się wielkimi krokami. Wena za nic nie chce nadejść. Artystka decyduje się otworzyć na oścież drzwi percepcji i poszukać natchnienia w psychodelikach. Nie wie, że "bad trip" po jednej z substancji odurzających przyniesie wiele niepożądanych konsekwencji. Twórcy bombardują przy tym widzów nagminną symboliką trzeciego oka, znajdującą zakodowanie w duchowym porządku New Age oraz teozofii. Oznacza ono ni mniej, ni więcej tylko otwarcie się na dodatkowe zmysły. Odkrywa je główna bohaterka w miarę zażywania nielegalnych substancji.

Widowisko garściami czerpie z oryginalnych powieści gotyckich. Znajdziemy tutaj odniesienia do Portretu Doriana Greya oraz masę wampirycznych motywów z Draculi. Warto zwrócić uwagę, że proces twórczy w literaturze gotyckiej niemal zawsze naznaczony jest elementem obłędu. Ten znajdziemy również w filmie. Na szczęście ekipa odpowiedzialna za Ekstazę nie nudzi. Nie proponuje widzom sprawdzonych wątków albo oklepanych klisz. Gotycka esencja zostaje przeniesiona w oryginalne ramy, do słonecznej Kalifornii, pełnej ludzi sukcesu oraz mrocznych zaułków z dekadencką inteligencją, przedstawioną we współczesnym dyskursie. Czy gotycka maniera przetrwa nawet taką przestrzeń i specyficzne ramy czasowe? Jak najbardziej.

Dodatkowo twórcy nawiązują w Ekstazie do estetyki kina lat 80., na co wskazuje już ścieżka dźwiękowa, charakterystyczny ziarnisty obraz tanich horrorów z wypożyczalni VHS oraz praktyczne efekty specjalne, których nie wstydził się w swoim filmach John Carpenter, David Cronenberg ani Wes Craven. Nostalgiczne podróże znalazły się w stałym repertuarze współczesnego horroru, jednak w przypadku Ekstazy nie są one aż tak narzucające, jak mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. Warstwę retro tworzy również specyficzne neonowe oświetlenie, doskonale sprzyjające narkotycznym transom.

Na narkotycznych transach i onirycznej atmosferze bowiem wzniesiona zostaje konwencja Ekstazy. Możliwe, że właśnie dlatego w trakcie seansu naszły mnie skojarzenia z kinem Gaspara Noé. Ponad godzinny szał w otumanieniu mogliśmy śledzić w jego niedawnym Climaxie. Znarkotyzowana bohema z Ekstazy jest równie płytka i pretensjonalna jak bohaterowie ostatniego filmu Francuza. O ile jednak Climax może być odczytywany jako awangardowy musical, tak Ekstaza po czasie zaczyna przypominać wideoklip offowej kapeli, grającej na skraju punka i metalu.

Na przekór hip-hopowym modom, Ekstaza toczy się w rytm ciężkiej muzyki. Zaczyna się punkiem, przechodzi w rejony gotyckiego rocka, by mroczny finał unurzać w death metalu spod znaku Cannibal Corpse. Czasem tylko popada w kicz podobny temu z okładek wspomnianego zespołu. Poza tym jest naprawdę ciekawym tytułem w ramach tegorocznego FEST MAKABRA.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…