Redaktor na FDB.pl oraz innych portalach filmowych. Pisze, czyta, ogląda i śpi. Przyłapany, gdy w urzędzie w rubryczce "imię ojca" próbował wpisać Petera Greenawaya.

Magiczne kino nowej przygody prosto z Niemiec. 6

Moda na kino nowej przygody zawitała do Niemiec. Cleo nie jest może filmem, którego spodziewałem się po festiwalu Ars Independent. Trudno jednak wskazać we współczesnym mainstreamie produkcję równie efekciarską, przeładowaną praktycznymi efektami specjalnymi oraz trickami na miarę kina atrakcji, co fabularny debiut Erika Schmitta.

Cleo jest produkcją, w której od pierwszych scen czuć wartkiego ducha amerykańskiego kina nowej przygody sprzed kilku dekad. Tyleż tutaj nostalgii, co gatunkowej swawoli, zrealizowanej może z niskim budżetem, ale też z pomysłowością godną pierwszych efektów praktycznych w kinie atrakcji Georgesa Mélièsa. Film momentami przypomina dzieła Wesa Andersona oraz jemu podobnych reżyserów, którzy balansują w swojej twórczości na granicy rzeczywistości oraz specyficznej abstrakcji, czy wręcz: surrealizmu. Narrator wprowadzający w fabułę Cleo wygląda, jakby właśnie opuścił plan Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom. Na szczęście później twórcy sięgają po bardziej kreatywne i autorskie rozwiązania techniczne. Bawią się złudzeniami optycznymi, odpowiednio ustawiają kąt padania światła oraz majstrują nad operatorką — wszystko, aby możliwe jak najbardziej odrealnić ukazany Berlin oraz miejsca znane z przewodników po europejskich stolicach.

Fabuła jest wyjątkowo prosta, by nie powiedzieć: banalna. Przez długi czas miałem nawet wrażenie, że przebywam na seansie family friendly w stylu Za niebieskimi drzwiami albo podobnych filmów familijnych produkowanych w kraju nad Wisłą. Karykaturalne postacie dorosłych oraz kreskówkowy slapstick tylko pogłębiały moją opinię o grupie docelowej Cleo. Złudzenie prysło dopiero po obejrzeniu sceny wizyty bohaterów w erotycznej burlesce. Występująca w niej tancerka może nie ociera się o pornografię, ale z pewnością nie pasuje do filmu przeznaczonego dla najmłodszych. Jeśli zatem Erik Schmitt kierował Cleo do dorosłego odbiorcy, powinien popracować nad powagą stawianych morałów oraz racjonalnością egzekwowanych postaw moralnych. Jeśli jednak napisał swój film dla dzieci – niepotrzebnie wprowadzał kilka „dorosłych” wątków.

Szkopuł historii wyrasta na gruncie przygodowych fabuł dla najmłodszych — mnie samemu przez długi czas przywodził na myśl książki z serii "Ulysses Moore", którymi zaczytywałem się w dzieciństwie. Mamy zagadkę wielkiego miasta, zaszyfrowane mapy, fantastyczny artefakt do podróży w czasie oraz duchy znanych osobowości, które pomagają bohaterom w poszukiwaniu „skarbu”. W to wszystko wpleciony zostaje wątek dramatyczny głównej bohaterki. Kobieta w wyniku traumy z dzieciństwa zamyka się przed światem. Droga, którą przechodzi, pozwala jej zburzyć mur wokół serca (co również bardzo dosłownie zobrazowane zostaje na poziomie wizualnym).

Wszystko jest tutaj bardzo płaskie i jednowymiarowe. Twórcom bardziej zależało na zaskakiwaniu widzów cudacznymi przejściami montażowymi oraz niekonwencjonalnymi ujęciami, niż na przedstawieniu możliwie wiarygodnej historii czy angażujących sylwetek. Bynajmniej nie chcę, by kino nowej przygody eksponowało złożonych i skomplikowanych bohaterów. Eskapizm należy do jednego z największych walorów kina głównego nurtu. Problem Cleo polega na tym, że scenariusz kompletnie nie trzyma się całości. Jest chaotyczny, pełen uproszczeń i przewidywalnych skrótów fabularnych.

Co jednak warte jest uwagi w trakcie seansu Cleo, to przepiękna panorama miasta, wyrastająca z każdej sceny, czy nawet z każdego ujęcia. Bohaterowie podróżują po stolicy Niemiec, odwiedzając na swojej drodze najważniejsze zabytki. Zgłębiają przy tym realia historyczne. Film rozpoczyna się 9 listopada 1989, od momentu zburzenia muru berlińskiego. Później znajdzie się miejsce na miejskie legendy z nazistami w roli głównej, ważne muzea oraz bandyckie opowieści sprzed 100 lat. Na drugim planie pojawią się nawet postacie historyczne, związane z miastem. Gdyby George Lucas albo Steven Spielberg urodził się w Niemczech, z pewnością realizowałby takie kino nowej przygody.

Cleo przeładowana jest wystylizowanymi ujęciami oraz równie niestandardowymi efektami specjalnymi. Wspaniale zobaczyć taki film w chwili, gdy niemal każda amerykańska produkcja głównego nurtu raczy widzów sztampowym CGI. Widowisko pełne jest tęsknoty za Berlinem z dawnych lat. Jest również nostalgicznym hołdem kina atrakcji z początków XX wieku. Szkoda, że tak barokowa estetyka skrywa w sobie tylko prostą baśń motywacyjną dla dorosłych. Z drugiej strony Cleo jest prawdopodobnie najbarwniejszą pocztówką z Berlina w historii tego miasta.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…