J.D. Vance (Gabriel Basso), były marine z południowego Ohio, a obecnie student Szkoły Prawa Uniwersytetu Yale, jest blisko zdobycia wymarzonej pracy, gdy kryzys rodzinny zmusza go do powrotu w rodzinne strony, o których starał się zapomnieć. J.D. musi zacząć na nowo układać sobie relacje ze swoją niełatwą appalaską rodziną, w tym z uzależnioną matką Bev (Amy Adams). Wspominając swoją babkę Mamaw (Glenn Close), twardą i inteligentną kobietę, która go wychowała, J.D. zaczyna akceptować niezatarty wpływ rodziny na jego własną ścieżkę życiową.
Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Dorosłe dzieci mają żal? Humanistyczna i bez orzekania o winie epopeja o milości, która może niszczyć, dziedziczeniu biedy, utknięciu na jednej z amerykańksich werand. Więzy, czy węzły rodzinne? 7

Międzypokoleniowe studium tożsamości, kształtowania siebie przez miejsce i rodzinę, korzyści i konsekwencje tego i wybitnie trudna droga do osiągnięcia nieautodestrukcyjnego balansu. Elegia dla bidoków to humanistyczna, czuła, a jednocześnie bezwzględna epopeja o miłości, która może niszczyć, o genetyce biedy, determinizmie miejsca, gdzie główny bohater jest kolejnym w wisiorku pokoleniowym z nadgryzionymi problemami i osobistymi bólami koralikiem, ale to on zdecyduje, czy może jednak zostanie perłą. W tej intymnej rozprawie też jest pokazane, jak wartościuje się ludzi przez ich pochodzenie. Nieobojętne to dzieło i bardzo angażująca historia stająca się dla wielu w mniejszym lub większym stopniu lustrem.  Pięknie ucieka od wykładu psychologicznego, ale mocno, na żywych organizmach, przemieszczając się z nami w różne warunku klimatyczne emocji, pokazuje pewne mechanizmy. W małych pomieszczeniach, w bliskich rozmowach, na jednej z wielu takich amerykańskich werand. Bez obłędu i szaleństwa, przerysowanej dramaturgii, a ze zbliżeniem na człowieka i bez orzekania o winie. Więzy, czy węzły rodzinne? 

Elegia dla bidoków (2020) - Glenn Close

Historia zaczyna się niczym dziarska komedia familijna, gdzie wszyscy wspierają siebie nawzajem, rodzina jest najwyższą instancją, a wszystko w takim dobrym duchu ciepła i humoru, niczym Little Miss Sunshine. Jednak rzeczywistość dosyć szybko zdemaskuje ten zachwyt przy pierwszym spotkaniu, a wolność, oryginalność i wyzwolony charakter rodziny przestanie zachwycać, a pokazywać swoje mankamenty i braki. Wędrujemy w czasie po epizodzie młodego chłopaka J.D ze swoją rodziną do czasu, kiedy jest już studentem Yale, gdzie radzi sobie doskonale na wydziale prawa i jest w udanym związku. Podróżujemy przez jego życie do różnych zakątków, czego detonatorem będzie powrót, a raczej konfrontacja z domem wspomnień, ale też i strachów z dzieciństwa. To on wychował się w jednym z miasteczek na peryferiach miasta, które nie sąsiaduje z białym domem, ale na zardzewiałych masztach mieszkań wyssanych z nadziei i ambicji wiszą amerykańskie flagi. Nie wieją, za to ludzie stąd pragną najbardziej na świecie. J.D całe dzieciństwo słyszy o amerykańskim śnie, a przeżywał koszmar, całą amplitudę emocji, nie zaznając w swoim życiu więcej, niż epizodów bezpieczeństwa, spokoju, zmuszony trzymać się gdzieś na uboczu się ze swoim prawem do dzieciństwa. Zostało one stłumione i stłamszone przez problemy jego mamy. Począwszy od jej ciężkiej pracy pielęgniarki i samotnego wychowania jego i siostry, po utknięcie w tym miejscu i tworzeniu jakiejś chwilowej sielanki w domu dzieciom, którą błyskawicznie jej frustracja zamieniała w piekło. W jego życiu jest jeszcze inna starsza kobieta, babcia - mama jego mamy. Wygląda na kobietę zahartowaną, świadomą swojej siły, jednak przekazała pewien gen ofiary i braku wiary we własne możliwości również i córce. 

 J.D wraca do innego świata z New Haven. Przyjeżdża do rodzinnego miasta, które jeszcze chwilę temu bronił na kolacji prawniczej przed uprzywilejowanymi ignorantami i nie czuje się tutaj wcale, jak intruz. Po prostu odwiedziny w domu nie są zdeterminowane tęsknotą, a wręcz przeciwnie, czymś od czego uciekał po części, czego chciał uniknąć i więcej się z tym nie mierzyć - powrotu mamy do narkotyków. Powędrujemy z naszym bohaterem do przeróżnych rozdziałów w jego życiu, które udowadniają, jak inni determinują naszą osobowość, jak mogą działać na szkodę zupełnie nieświadomie, gdyż nie poradzili sobie z własnymi problemami. Kiedy dziecko uczy się na błędach nie swoich... a matki. 

Elegia dla bidoków (2020) - Amy Adams (III)

Elegia dla bidoków to utwór bardzo solidnie i mądrze skonstruowany skupiający się na wielu mechanizmach dziedziczenia pewnej wizji siebie, dojrzałości i konsekwencjach, w które zostajemy wplątani wraz z przyjściem na świat i pytaniem co zrobimy z tym dodatkowym bagażem. Nie jest to film odkrywczy, gdyż o świecie "trashów", nasiąkaniem przekonaniem o ograniczonej ilości kierunków, w których możemy zmierzać, kiedy już nauczymy się chodzić, dostaliśmy wiele. Ten wpisuje się swoją narracją w sagę rodzinną, gdzie przenosimy soczewkę z syna na matkę, z matki na babcię, z babci na wnuczkę, pokazując nierozerwalność - pewną przyczynę oraz skutek pewnych decyzji życiowych. Nie ma w tym roztrzepania oraz chaosu, a ostatecznie skutecznie wracamy do siłowania się głównego bohatera z samym sobą i ze swoją historią. Przepracować, czy wyprzeć? 

Bardzo emocjonalnym ładunkiem jest podjęcie tematu wstydu. Tego czego również nosicielami jest wielu z nas poprzez swoje niepachnące watą cukrową dzieciństwo. Dlatego też jeszcze bardziej interesująco wygląda ewolucja głównego bohatera i pewne dłubanie w ranach na nowo. Można dalej tkwić w pretensjach, czekać na coś, czego już się od rodziców nie uzyska, tym samym generować złość, szkodząc tylko sobie i swojej potencjalnej przyszłości, pogłębiając finalnie uraz. Natomiast kochać, ale mieć świadomość, że to nie jest wystarczająco i zrozumieć, niczym bohater z filmu Buntownik bez powodu, że "To nie jest twoja wina" i odciąć tę pępowinę współuzależnienia. Można przyjąć do świadomości stan faktyczny i nie posypywać na bieżąco solą swojej rany. Bardzo wyraziście, niewielowymiarowo, ale ze świetnie splątanymi uczuciami różnej maści prowadzi tę batalię wewnętrzną reżyser. I też nie za pstryknięciem palcami, ale tego światła wypatruje autor, by nie wyrzekać się krwi płynącej w żyłach, ale zadecydować, którędy popłynie. 

Elegia dla bidoków (2020) - Glenn Close

Elegia dla bidokow to utwór nieusprawiedliwiający, ale poszukujący sensów, wyrozumiały, świadomy i dojrzały. Nie angażuje się społecznie na poziomie twórczości Kena Loacha, ale zgrabnie i zwinnie oraz z ogromnym charakterem oraz nerwami, dzięki przede wszystkim kreacji bohaterki dającej sobie drugą szansę Glenn Close, ale też zdezorientowanej, ale nieocenianej przez nas Amy Adams, pokazuje pełnowartościową historię o całokształcie człowieka i jego budulcach.

Zaspokoić potrzebę przynależności, ale nie cierpieć z tego powodu - nie ma na to jednej recepty i remedium. Człowiek opuszcza rodzinne gniazdo z różnymi powikłaniami, to jest smutne, tak samo jak powszechne i o tym urzekająco rozprawia Ron Howard bez nadmiernej nostalgii i taniego sentymentalizmu. Definiować i redefiniować, Elegia dla Biedaków ubogaca o znane, ale wyraziście zaserwowane refleksje. Dorosłe dzieci mają żal? 

1 z 3 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Komentarze do filmu 1
i_darek1x 6

Destrukcyjne zachowanie innych wpływa na innych ;) Życie,rodzina zwykłych amerykanów i problemy . Szara rzeczywistość ,wzloty i upadki . Dobrze się ogląda i fajna obsada która wie co ma robić ;)

Więcej informacji

Ogólne

Czy wiesz, że?

  • Ciekawostki
  • Wpadki
  • Pressbooki
  • Powiązane
  • Ścieżka dzwiękowa

Fabuła

Multimedia

Pozostałe

Proszę czekać…