Thunder Force

5,3
3,8
W świecie zdominowanym przez superłotrów dwie przyjaciółki z dzieciństwa, z których jedna odkryła sposób na uzyskanie supermocy, muszą wspólnymi siłami ochronić rodzinne miasto.
filmoznawczyni 🎬

Niestety historia okazuje się być bardziej frustrująca niż zabawna – co więcej, to film, który miał okazję powiedzieć tak wiele, a w rzeczywistości nie mówi zupełnie nic. 3

Szkoła konceptualnej parodii pełnej głupkowatych żartów i równie głupkowatych motywów burzenia czwartej ściany ma całkiem imponujący przebieg. Przenikała ów filmowy format przez kilka dziesięcioleci, tworząc kultowe już produkcje począwszy od „Nagiej broni”, „Hot shots”, czy „To nie jest kolejna komedia dla kretynów”, na serii „Strasznych filmów” od braci Wayans kończąc. Twórcy rozkładali na czynniki pierwsze gatunek za gatunkiem z grymaśną satyryczną radością, na którą większość z nich po prostu zasługiwała. Kiedy przeczytałam kilka zdań na temat fabuły filmu „Thunder force”, od razu wyczułam w nim pewien potencjał, obiecujący powiew świeżości. Równie szybko zdążyłam zderzyć się z pełną rozczarowań rzeczywistością. Filmy superbohaterskie, z ich bombastycznym heroizmem i spektakularnymi efektami CGI, wzywają wręcz do stworzenia na ich kanwie błyskotliwej parodii. Z tego właśnie powodu trudno jest dostrzec wartość „Thunder force” - w szczególności gdy filmy, będące zalążkiem wszelkich aluzji, dowiodły już, że są samoświadome i chętne do zrobienia z siebie żartu. „Thunder force” nie zagrzeje miejsca w świecie, w którym świetnie odnaleźli się „Ant-Man” i „Deadpool”. Nie zaoferuje również widzom nic nowego.

Thunder Force (2021) - Melissa McCarthy

„Thunder force” rozpoczyna się grafiką w komiksowym stylu, która wprowadza nas w genezę całej historii: „W marcu 1983 r. Potężny impuls międzygwiezdnych promieni kosmicznych uderzył w Ziemię i wywołał transformację genetyczną, uwalniając niewyobrażalne supermoce… odblokowane u osób z genetycznymi predyspozycjami do socjopatii”. Po przydługim prologu film przenosi nas do czasów współczesnych, gdzie Lydia, przedstawicielka klasy robotniczej (Melissa McCarthy) ponownie nawiązuje kontakt ze swoją najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa Emily (Octavia Spencer), która prowadzi obecnie potężną firmę technologiczną o nazwie Stanton 4.0. Po śmierci rodziców Emily, którzy zginęli w eksplozji pociągu spowodowanej przez Miscreantów (tak nazywa się złowrogie mutanty), już jako mała dziewczynka poprzysięga sobie poświęcić swoje życie edukacji i szkoleniom niezbędnym do opracowania platformy genetycznej, dającej zwykłym, przyzwoitym ludziom supermoce, aby mogli walczyć z grasującymi na ulicach niegodziwcami. Teraz, gdy wreszcie osiągnęła swój cel, na jej drodze staje Lydia, aby przypadkowo otrzymać pierwszą dawkę serum, które zapewni jej nadludzkie siły. W międzyczasie Emily zażywa serię tabletek, które dają jej moc niewidzialności. Łącząc je w zespół otrzymasz… Thunder Force! – osobliwy duet z trudem wciskający się w fioletowe Lamborghini i walczący z przestępczością na terenie Chicago.

Najdziwniejszą rzeczą w „Thunder force” od Netflixa - poza sceną, w której Melissa McCarthy pochłania surowego kurczaka i mieli go między zębami - jest to, jak bardzo wydaje się być oderwany od otaczającego go świata. Scenarzysta i reżyser Ben Falcone, mąż McCarthy, postanowił sparodiować film o superbohaterach, nie wchodząc w żadną interakcję z najbardziej charakterystycznymi elementami tego gatunku. Pomimo wszelkich mankamentów, produkcja powinna być widowiskiem należącym do McCarthy i Spencer. Obie są bowiem bardzo charyzmatycznymi aktorkami, które potrafią skraść serca widzów, nawet jeśli sam film robi niewiele, aby z godnością rozwinąć ich ekranowe postaci. McCarthy i Spencer, jako dwie 50-letnie kobiety, których sylwetki zaliczają się do kategorii Plus Size, prezentują typ aktorek całkowicie wykluczony z dyskursu o superbohaterach - a „Thunder force” mogło stać się doskonałą okazją, aby przekłuć pełne seksizmu i ageizmu hollywoodzkie standardy. Niestety historia okazuje się być bardziej frustrująca niż zabawna – co więcej, to film, który miał okazję powiedzieć tak wiele, a w rzeczywistości nie mówi zupełnie nic. Odkładając na bok powyższe aspekty, jest to najzwyczajniej w świecie słaba komedia, która pęka w szwach od apatycznych, obrzydliwych żartów, miernych sekwencji akcji, kiepskiej gry aktorskiej na poziomie sitcomu i Jasona Batemana jako przestępcy, który posiada szczypce kraba zamiast ludzkich rąk. Wyobrażam sobie wasze salwy śmiechu, gdy w restauracji kelner zaproponuje mu tacę owoców morza na przystawkę!

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Komentarze do filmu 0
Skomentuj jako pierwszy.
Więcej informacji

Ogólne

Czy wiesz, że?

  • Ciekawostki
  • Wpadki
  • Pressbooki
  • Powiązane
  • Ścieżka dzwiękowa

Pozostałe

Proszę czekać…