@roksana_goly
Aktorstwo sztos. Film trochę się wlecze, ale ma swoje momenty. Finał zaskakujący (ale z tego Felixa skur…el).
"Wspomnienie brzydnie, kiedy zostajesz na długo. Wspominaj wakacje, ale u siebie…" Film ma swój urok, ale dla mnie zdecydowanie za długi. Myśl bohatera, granego przez Hopkinsa, że w życiu trzeba przeżyć coś, co jest jak grom z jasnego nieba bardzo do mnie przemawia.
Przewidywalna średniawka. Postać ojca wkur…jąca. Na plus piosenka "Ain’t No Mountain High Enough" (uwielbiam od zawsze).
Wszystkie segmenty na podobnym poziomie. Fajnie, że Jarmush po raz kolejny sięgnął po Benigniego. Najbardziej podobała mi się historia nowojorska.
Zgadzam się z tym, co Quentin Tarantino napisał o tym filmie w książce "Spekulacje o kinie". Kto nie czytał, niech żałuje :-)
Dobra rola Olivii Brown. Świetna muzyka w tle. Nie wiedziałam, że Cleavant Derricks (aktor, którego pamiętam z serialu mojego dzieciństwa "Piąty wymiar") tak dobrze śpiewa. Motywy ukochanego Trudy niezrozumiałe – facet związał się z policjantką, którą ciąga na imprezy z dilerami narkotyków, a potem ma pretensje, że stanęła po stronie prawa. BTW Sonny grający z emerytami w karty – urocze :-D
Koszmarna muzyka Herrmanna. Gdyby film trwał dłużej, to skończyłoby się to migreną. Rozumiem, że chodziło o Hitchcockowski klimat, ale wyszło okropnie. Cliff Robertson w roli głównej tragiczny.
TROCHĘ SPOJLER → 2,5 godziny seansu zleciały nie wiadomo kiedy. Trzyma w napięciu. Ale japie…le to zakończenie – w kraju wojna, a smarkula happy, bo ogląda ostatni odcinek "Przyjaciół"…
Świetny klimat. Niesamowity Bruce McGill w roli Weldona. Końcówka odcinka z "Brothers in Arms" Dire Straits to dla mnie jeden z najlepszych momentów w "Miami Vice".