RECENZJA: Kubo i dwie struny

Kubo i dwie struny to amerykańska produkcja, której daleko od rozbuchanych wizji i mocno realistycznej animacji. Travis Knight sięga po tradycję Dalekiego Wschodu, opowiadając o uniwersalnych problemach. Choć jego film nie unika mroku i przerysowanych rozwiązań, przez cały czas pozostaje wierny swoim postaciom, skupia się na ich emocjach i rozumieniu świata. Wyobraźnia i opowiadanie historii odgrywają tutaj pierwsze skrzypce, ale to magiczny Kubo ze swoim ukulele kształtuje rzeczywistość.

Japońska prowincja staje się świadkiem niezwykłych wydarzeń, kiedy małemu chłopcu przyjdzie zmierzyć się z okrutnym Księżycowym królem. Kubo jest oddanym i posłusznym chłopcem. Mieszka z mamą, dla której stanowi cały świat. Jako niemowlę stracił ojca i jedno oko, ale rzeczywistość nie traci dla niego barw. Chłopiec z niezwykłym zaangażowaniem kreuje obrazowe opowieści, przedstawiając losy walecznego samuraja. Tęsknota za męskim wzorcem, rozprawianie się z przeszłością, stawianie czoła nieznanemu sprawią, że Kubo będzie musiał szybko dorosnąć.

Knight nie tworzy łatwej opowieści, która mami kolorowymi obrazkami. Całość przypomina układankę origami, zmieniając kształty i ton, powodując zachwyt nad wizualnym dopracowaniem. Dużym atutem Kubo i dwie struny jest niezwykłe tempo opowiadania, dzięki czemu ani na chwilę nie można odwrócić uwagi. Sam chłopiec wielokrotnie podkreśla, że kiedy zgubimy jakiś element historii, nie będziemy mogli jej w pełni zrozumieć. Daje tylko krótkie momenty na mrugnięcie okiem i zaraz z powrotem wbiega na tory pędzącej opowieści, by wraz z małpką i żukiem odnaleźć magiczną zbroję.

Poszukiwanie przymiotów władzy i siły: miecza i zbroi staje się symbolicznym dojrzewaniem do samodzielności i odwagi. Knight poświęca sporo uwagi dziecięcemu postrzeganiu świata, konstruuje liczne narracje, które pomagają zrozumieć problemy i znaleźć ich rozwiązanie. Z dużą subtelnością pielęgnuje tradycję i zwraca się ku przeszłości, wskazując magiczną moc wspomnień.

Kubo musi poradzić sobie ze stratą rodziców. Jego świat przybiera ciemne barwy, ale więcej w nim zgody i zrozumienia niż u Connora w Siedem minut po północy J. A. Bayony. Reżyser próbuje oswoić śmierć i odchodzenie, nie zaczepia się w żadnej religii, ale wskazuje na moc pielęgnacji wspomnień i doświadczeń. Z tej debiutanckiej dla reżysera animacji płynie sporo mądrości i ciepła. Pomimo tego, że w filmie Knighta jest mnóstwo smutku, wyobraźnia szarpie za struny nadziei i pokazuje jedną z ciekawszych opowieści tego roku.

Moja ocena: 7/10