Recenzja: Honorowy obywatel

Kino i jego odbiorcy cenią sobie historie „matrioszki” – dzieło w dziele, złożone, kilkupoziomowe, historie uwikłane w epizodach, z których wynikają jeszcze inne. Można w tym ugrzęznąć i się nie wydostać, można też zgrabnie sobie z tym poradzić. Honorowy obywatel to przypadek drugi. Honorowo wybrnął z opowieści w opowieści, jednak jest dobry… tylko że w swojej przeciętności. O granicy pomiędzy fikcją, a prawdą, o jej znaczeniu dla autora i czytelnika, aż po wiercenie dziury w mrocznym podbrzuszu pisarskiego ego i pełnego kołtunów i węzłów funkcjonowania w świecie poza swoimi literackimi historiami – o ile o takim może być w ogóle mowa.

Kino o literatach opowiada – raz zgrabniej, raz deptało po stopach. Tym razem mamy do czynienia z człowiekiem, wobec którego owe określenie nie powoduje drżenia i wątpliwości. Za kilka chwil Daniel Monotvani wyjdzie na scenę by odebrać literackiego Nobla. Zamiast łez szczęścia, artystycznego posmaku zwycięstwa i radości totalnej, jest gorzka refleksja o tym, że najlepsze już za nim. Traktuje nagrodę nie jako ukłon, tylko zaproszenie do wyjścia. Nie można być lepszym, niż najlepszy – to koniec. Zapowiada się naprawdę obiecująco, film rozpoczyna od węszenia swojego końca.

Spotykamy się z naszym utytułowanym niedługo później. W swojej przepełnionej pustką twierdzy odmawia kolejnych spotkań, bezpieczeństwo i bogactwo nie stymuluje kreatywności. Dostaje zaproszenie do swojego rodzinnego miasta, które posłużyło, albo stało się inspiracją – dobór słów jest tutaj ważny – za inspiracje oraz tło do jego największych literackich sukcesów. Jedzie tam po honory, a dostanie horrory.

Zamiast poważnej refleksji o inspiracji, tworzenia rzeczy wielkich na papierze kosztem tych realnych, dostajemy sentymentalną podróż zakrapianą komedią, a nawet momentami groteską. Dla jednych bóstwo, obdarowywane przez lokalnych mieszkańców najbardziej wyszukanymi prezentami, dla drugich bogaty eks lokals, którego sentyment trzeba wykorzystać, dla trzecich zdrajca, który wykorzystał miasto do swojej historii i odbił się od niego na trampolinie, uciekają daleko w świat.

To poprawne kino, wykonane w stylu zerowym, które próbuje gdzieś rozwiązać konflikt ideologii inspiracji, a wyzysku w literaturze. Nasz Monotvani nie przedstawia swojego miasteczka w hurraoptymistycznych tonach, tworząc zachęcający przewodnik, a bez pokazywania palcem, gorzką rozprawę o biedzie i problemach toczących. Zwrócenie uwagi publicznie boli najbardziej, z drugiej literatury nie tworzą autorytety moralne ani bohaterowie, tylko pisarze. Pytanie gdzie jest granica etyki zawodowej i czy w imię wyższych powódek (a może tak naprawdę realizmu, gdyż to miejsce naprawdę nie bez powodu zostaje opisane tak negatywnie przez autora) nie dać się maślanym oczom przeszłości.

Jednak Honorowy obywatel o wiele za szybko skręca w chichot, odbierające ciężar opowiadanej historii i nie mając nic przeciwko wypuszczaniu powietrza z płuc (wręcz przeciwnie) historia po prostu traci na znaczeniu. Staje się dzikimi historyjkami z jednym artystą, który odwraca kolejność od bohatera do zera…a może jednak nie?

Moje niezdecydowanie jest konsekwencją niezdecydowania reżysera, czy chce się tylko pośmiać z ludzi, którzy na sztuce się nie znają, a próbują ją komentować i kontemplować, czy naprawdę chce pogmerać w granicach inspiracji miejscem, a jego wyzyskiem i ile wolno artyście, skoro zawód ma wolny. Dramat, rozrzedzany komedią tak bardzo, że traci szanse na pozostanie nim. Co niestety w przypadku mało pomysłowego na prowadzenie kina, dociera do mało ważnej opowieści, ale ciekawej.

Ocena: 6/10