RECENZJA: Józef i Maryja

Kino religijne nieustannie boryka się z tymi samymi problemami – nachalna ideologizacja postaw i bolesne ocieranie się o śmieszność natchnionych bohaterów. Twórcy klękają z nabożnością przed biblijnym materiałem, zapominając o dystansie i twórczej powinności. Nie inaczej jest z Rogerem Christianem, który chciał opowiedzieć o losach rabina Eliasza (Steven McCarthy) u boku Józefa (Kevin Sorbo) i Maryi (Lara Jean Chorostecki). Właśnie… Chciał, ale jego film stał się podniosłym zbiorem scen o walce z przeciwnościami.

Lubimy te historie, które już znamy. Twórcy Józefa i Maryi wyszli z tego założenia i postanowili nie zagłębiać się w fabularne zawiłości. Przecież i tak każdy wie, skąd i dokąd idą małżonkowie, co się z nimi stanie i jaki będzie finał tej historii. Takie podejście zwalnia z fabularnej dokładności, wypełniania luk i prowadzenia logicznej narracji. Przeniesienie ciężaru opowieści na Eliasza, pobożnego rabina, który będzie się zmagał z życiowymi wyborami, rozumieniem zemsty i zazdrością wobec Świętej Rodziny, mogło stanowić ciekawe i inne spojrzenie na wydarzenia z Betlejem i Nazaret. Niestety brak konsekwencji, bezrefleksyjne powielanie klisz i marne aktorstwo zaprzepaściły te szanse.

Eliasz bezwiednie snuje się po ekranie, biernie przygląda wydarzeniom aż powoli składa sobie fakty oraz zbierane informacje w spójną całość, że oto jego przyjacielowi Józefowi urodził się syn będący długo oczekiwanym Mesjaszem. Z niezwykłą emfazą doznaje objawienia i choć targają nim sprzeczne emocje, ponieważ w rzezi niewiniątek, z rozkazu Heroda, zostały zamordowane dzieci jego ukochanej Rebeki (Katie Boland), musi uznać wyższość boskiej woli. Mężczyzna jest pełen zazdrości i złości, a idąc za podszeptami zrozpaczonej kobiety, pragnie pomścić doznane krzywdy. Jezus, jak i Józef, stanie się jego duchowym przewodnikiem po niechowaniu urazy i potrzebie wybaczania.

Szkoda, że Józef i Maryja nie wykracza bezpieczny sposób nijakiego opowiadania. Nie podważa postaw czy faktów, nie przyjmuje innej optyki niż ta dotychczas znana z kina religijnego. I o ile można zaakceptować wierne podążanie za biblijny przekazem, trudniej przychodzi przymknięcie oka na artystyczną niedbałość. Surowe zdjęcia, luki logiczne, niespójności w prowadzeniu opowiadania i przebrani aktorzy, którzy tylko zaznaczają swoją obecność na planie. Dziecko dorasta, rodzice się nie starzeją, a Herod jest łysym hegemonem o karykaturalnych gestach.

Józef i Maryja jest filmem, który ociera się o śmieszność swoimi scenariuszowym i wizualnym niedopracowaniem. Trzej królowie przybywają znikąd do betlejemskiej stajenki, zostawiają swoje dary i znikają. Nikt o nich nie pamięta i może byłoby najlepiej, gdyby z taką łatwością udało się zapomnieć o tej kanadyjskiej produkcji.

Moja ocena: 2/10