RECENZJA: Assassin's Creed

Drapieżny ptak krąży nad światem. Rozpostarte skrzydła i ogromne szpony przywodzą na myśl siłę i odwagę. Justin Kurzel wielokrotnie sięga po ten symbol, wędruje kamerą w przestworzach i z góry spogląda na zepsuty świat, w którym nieustannie walczą ze sobą dwie grupy wyznające zło i… większe zło. Rzeczywistość z Assasin’s Creed jest widziana w czarnych barwach, a wszelkie przejawy utopijnego idealizmu ocierają się o śmieszność. Jednak kiedy wzbiło się już w powietrze, nie można się wycofać, a walka z adaptacją gry rozpoczęła się na dobre.

Po widowiskowym i niezwykle klimatycznym Makbecie australijski reżyser postanowił przenieść na ekran grę Assassin’s Creed. Przy okazji zabrał ze sobą ulubionych aktorów. I tak przegrany Makbet Michaela Fassbendera staje się niebezpiecznym Calem Lynchem, a nieustraszona Marion Cotillard przyjmuje oświeconą postawę pani naukowiec. Sofia, tak jak Lady Makbet, jest prowodyrem działań przodka asasyna Aguilara, który przy pomocy animusa (maszyna, która przy pomocy kodu genetycznego potrafi odtwarzać wspomnienia i działania przodków) ma odzyskać Jabłko – źródło nasion pierwszego grzechu. Pani naukowiec wiedziona wizją świata bez przemocy nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel. Wykorzystuje Lyncha by przenieść się do Hiszpanii pod koniec XV w.

Widać, że twórcy Assasin’s Creed włożyli mnóstwo wysiłku w scenariusz i filmowe rozpisanie odwiecznego konfliktu między templariuszami a asasynami. W sekwencji początkowej z wprawą zarysowali kształt historii, nadali jej rodowód i osadzili we współczesnych realiach. Z dużą ostrożnością spinają poszczególne wątki, tworzą większy sens dla krótki scenek, ale przy tym wszystkim zapominają o dialogach i bohaterach. Niekonsekwencja działań ociera się o śmieszność, a nagłe zmiany postawy przyprawiają o ból głowy. Kiedy Lynch dowiaduje się o celu eksperymentu z animusem i swojej misji, staje się nieco zły, ale nie zamierza się buntować. To spotkania z pozostałymi obiektami badań Sofii wprawia go w szaleńcze zachowanie przywodzące na myśl psychotycznego Jokera. Trudno też pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia po coelhizmach padających z usta bohaterów, przez co film staje się nachalnie filozoficzny.

Niestety kobiece postaci zostały potraktowane po macoszemu. A Marion Cotillard, choć pięknie potrafi grać smutek i rozczarowanie, męczy się w więzach naiwności Sofie. Na szczęście, kiedy zapomnimy o niekonsekwencji działań czy zachowań niektórych bohaterów (Sofie!), otwiera się przed nami dobrze zrealizowany film akcji. Potrafi zachwycać dynamiką ujęć i przykurzoną kolorystyką zdjęć w wykonaniu Adama Arkapawa. Biegamy po dachach, skaczemy z dużych wysokości i z dość bliska przyglądamy się walkom wręcz, co pozwala wymazać z pamięci niezbyt udane stateczne momenty.

Templariusze i asasyni toczą między sobą walkę nie o trofeum, lecz symboliczną władzę nad światem. Justin Kurzel przenosząc na ekran dochodową serię, stara się o uwagę widza. Pomimo tego że nie osiąga sukcesu w połączeniu widowiskowości z dramatyzmem, Assassin’s Creed jest jedną z lepszych adaptacji gier. Posiada solidne atuty w postaci obsady, intrygującej historii – momentami niedopracowanej – i ciekawego wykonania. Krążący nad światem jastrząb nie złożył swych skrzydeł. Nie zachwyca, ale też nie przynosi rozczarowania.

Moja ocena: 6/10