Recenzja: Já, Olga Hepnarová

Kiedy główny bohater jest chyba antybohaterem, często następują sploty moralne – jednak można z nich spokojnie wybrnąć odwracając uwagę supłami narracyjnymi, inteligencją prowadzenia postaci oraz fabularną ciągłością. Czyli tym wszystkim czego zabrakło Já, Olga Hepnarová. To film wyrachowany, ale nie wyrafinowany. Te „Ja” na początku filmu zagłusza wszystko inne i tworzy narcystyczną historię, z którą kontaktu nawiązać nie chcemy – bo nikt nie chce też z nami.

Olga Hepnarova to ostatnia kobieta, która dostała karę śmierci w Czechosłowacji. Tyle wiemy, jeżeli nie robimy reserchu przed filmem, bo wcale nie trzeba, by historia dała radę – to ona ma się postarać. Dziewczyna jest skazana za czyn, który ma dwa bieguny odbioru – dla jednych to będzie zemsta, dla drugich afektywna decyzja – jedno nie wyklucza zaś drugiego. Nie jest jej najlepiej na świecie, właściwie żyje w nieustannych nieporozumieniu z nim. Od dziecka traktowana jako odszczepieniec, reaguje jak zwierzę – męczone i bite, w końcu samo ugryzie spuszczone ze smyczy. Próbuje odkryć swoją seksualność, sens życia i tożsamość, jednak jest ona cały czas podważana przez społeczeństwa. Cierpi za miliony i kopie w kostkę społeczny porządek. To umysł, który próbuje doszukać się obsesyjnie sensu w chaosie. Introwertyzm postaci jest w pełni uzasadniony, jednak potrzeba tutaj więcej naszej wiary i wysiłku, bo tezy są przezroczyste i mocno rozbabrane.

Poważnym problemem tego filmu jest nijak skonstruowana postać głównej bohaterki – a to ona jest gazem i hamulcem historii. W przerysowany sposób robi wszystko na opak z konwenansami – jest w tym niestety więcej naiwności i chaosu, niż płynnego opowiadania i realnych postulatów outsiderki. A tak chcą nam za wszelką cenę przedstawić ją twórcy. Może i taka była, tylko ta para uchodzi poprzez wycinankę scen i minimalnie, wstydliwie zaglądający w duszę bohaterki wziernik. Trzyma nas na dystans, jak wszystkich sama Olga – to nieskuteczna metoda do wwiercenia się w naszą pamięć seansem. Wiemy, że tam się dzieje i turkocze głośnej niż w jej samochodzie, ale mamy się tego wyłącznie domyślić albo temu zawierzyć, bo narracja nie ma pomysłu na to jak nam to zreferować. Niby taka metaforyczna i skromna oraz chłodna wizualnie, jest tak naprawdę bardzo dosłowna i prosta.

To historia, która ciekawie chce dywagować nad pojęciem kata i ofiary, w spójnej wyłącznie estetyce (imponujące zdjęcia). Mówi też, że odpowiedź złem na zło to tylko wynaturzająca i deformująca morale społeczne niekończąca się historia. Já, Olga Hepnarová to zawodnik kinowy, któremu masz prawo kibicować, ale okazuje się, że niechlujnie przygotował się do zawodów i myśli, że zaczaruje nas ekscentryzmem i trzyma kciuki za syndrom Syndrom Stendhala.

Ocena: 4/10