RECNEZJA: Rings

The Ring z 2002 roku to horror kultowy, odkrywający zachodnią fascynację wschodnią estetyką kina grozy, definiujący strukturę postmodernistycznych historii o duchach i okultystycznych klątwach. 15 lat później na ekrany kin trafia alternatywny sequel filmu (twórcy, kreśląc analogie do minionej części, zapominają o The Ring 2 i od podstaw budują historię Samary) po raz kolejny udowadniając, że kontynuacje kilkunastoletnich kinematograficznych klasyków to w większości pieniądze wyrzucone w błoto (zarówno przez studio, jak i widzów). Za scenariusz Rings odpowiadało aż trzech pisarzy – szkoda, że żaden z nich nie przeanalizował fanczyzy jako cyklu wielopłaszczyznowego. Najnowsza odsłona serii odcina się od japońskiej kultury i metaforycznego lęku przed techniką, popadając w banał amerykańskiego kina grozy. Rozwiązania fabularne wołają tu o pomstę do nieba, a świetny klimat zakłócony zostaje rekordową liczbą bezsensownych jumpscarów (twórcy starają się przerazić widza dosłownie wszystkim, ostatecznie zabijając w nim upragnione poczucie narastającego zagrożenia).

Historia ukazana w Rings diametralnie różni się od fabuły sugerowanej w zwiastunach filmu. Reżyser produkcji, F. Javier Gutiérrez, nie bawi się w metaforyczną analizę współczesnej technofobii, nie konfrontuje też ze sobą dwóch płaszczyzn: spirytystycznej i realnej, jak próbowały wmówić widzom trailery widowiska. Rings rozpoczyna się ciekawym wprowadzeniem do historii, znanym z poprzednich odsłon serii: legenda o śmiercionośnej kasecie VHS to rodzaj miejskiej creepy-pasty, wewnętrznego lęku powtarzanego w postaci mrocznego żartu. Chwyty stosowane w pierwszych scenach tegorocznej produkcji faktycznie działają, a sekwencja z Samarą opętującą samolot pasażerski to jeden z najlepszych momentów w historii całej marki. Niestety, im dalej w las, tym sprawy mają się coraz gorzej – twórcy sprowadzają strukturę produkcji do formy znanej z poprzednich odsłon, horror miesza się tu ze śledczym kryminałem, jednak scenarzystom brakuje pomysłu na sprawne rozwiązana fabularne, a o decyzjach czy kolejnych odkryciach głównych bohaterów decyduje zwykły przypadek.

No właśnie, twórcy starają się zawrzeć za pomocą Rings pozorną ugodę między wieloletnimi miłośnikami serii a nowymi widzami, dopiero wnikającymi w świat nawiedzany przez przerażającą, czarnowłosą dziewczynkę-utopca. Ostatecznie ci pierwsi poczują się obrażeni niedbałością w stosunku do zbudowanego wcześniej kanonu, a drudzy zostaną zdegustowani niskim poziomem fabularnym filmu. Ciekawa forma wschodniej estetyki ucieleśnionych emocji („potwór” jako klątwa, klątwa jako zła aura, zła aura jako atmosfera wokół miejsca zbrodni) zostaje wykreślona z serii, a nowopowstała historia genezy Samary wiąże się z heretycznymi dewiacjami w kościele katolickim, znanymi z innych hollywoodzkich ghost story. Jedyne, w czym Rings bezbłędnie nawiązuje do poprzednich części to kiepskie dialogi i fatalne efekty CGI (sekwencja ataku jeleni z The Ring 2 do dziś trafia do rankingów najgorszych efektów specjalnych w historii kina).

Z drugiej strony w Rings zaprezentowany został ciekawy zabieg psychologiczny związany ze śmiercionośną kasetą – osoby skazane na ostatnie 7 dni egzystencji tworzą zamknięte ugrupowania, a widz po raz pierwszy staje się świadkiem próby prezentacji opętanego nagrania jednej z osób w celu zrzucenia z siebie klątwy. Niestety, motyw ten działa tylko przez pierwszą połowę filmu – później narracja skręca w stronę infantylnego podejścia do horroru jako gatunku skazanego na permanentny turpizm oraz ciemne pomieszczenia z pajęczynami i obdartą tapetą. Finał historii to najgorsza szarża scenopisarska spośród ostatnich kinowych projekcji spod znaku grozy – David Loucka, Jacob Aaron Estes oraz Akiva Goldsman próbują wprowadzić do filmu nagły twist cechujący produkcje Jamesa Wana; cóż… nie tym razem, nie w tej franczyzie…

Pierwsze sekwencje filmu inteligentnie łączą ze sobą starą klątwę i współczesne technologie techniczne – Skype zastosowany jako kolejne media zniekształcające ludzkie oblicze oraz technika pozwalająca na dogłębną analizę złowieszczego nagrania. Rings posiadał ogromny potencjał, zmarnowany w momencie rozwoju fabuły. Wybierając między powieleniem schematu horroru ze znanym zabójcą (Samara jako slasherowe monstrum eksterminujące dysfunkcyjną młodzież) twórcy zdecydowali się na poszerzenie genezy niekochanej i zamordowanej czarnowłosej dziewczynki. Fatalny scenariusz wpisuje Rings do przepastnego indeksu sequeli zakazanych – w niczym nie pomoże świetny klimat produkcji.

Moja ocena: 4/10


Kornel Nocoń
Filmoznawca. Fan kina niekonwencjonalnego, oderwanego od ogólnie obowiązujących schematów. Mimo to ogląda wszystko, co tylko wpadnie mu w ręce – począwszy od produkcji klasy B, skończywszy na nowofalowych naleciałościach każdego z europejskich krajów. Redaktor na FDB.pl. Założyciel i redaktor naczelny na portalu 35mm.pl.