RECENZJA - Ciemniejsza Strona Grey'a

Tutaj powinien znajdować się pełen nadziei opis, który sugerowałby jakieś oczekiwania wobec jakości filmu. Ale szczerze mówiąc, po co? Mówimy o sequelu Pięćdziesięciu Twarzy Grey'a, na tym etapie wszyscy wiedzą, że ten film to kompletny chłam, choć gdy to piszę, film mogła obejrzeć ledwie garstka ludzi podczas pokazów przedpremierowych…

Nie będę obijał w bawełnę, choć początek jest wykonany lepiej niż cały pierwszy film, to jednak Ciemniejsza Strona Grey'a jest prawdziwą męczarnią, która mimo to, od czasu do czasu potrafi wywołać uśmiech na ustach widza. Jednakże nie dlatego bo ma takie dobre dowcipy, a dlatego bo biedny umysł nie widzi innej reakcji na tak przytłaczającą nieudolność twórców.

Fabuła filmu opowiada o Anastazji Steel i Christianie Grey’u oraz o ich romansie, który teoretycznie zakończył się w pierwszym filmie, ale jak wiadomo, książki z serii są cztery, a producenci w Hollywood, bardzo lubią dźwięk mamony wpadającej do sejfu. W związku z tym Christian i Anastazja otrzymują naprawdę naciąganą szansę na to by wrócić do siebie, i mimo iż Anastazja cały czas zarzeka się, że nie chce do niego wracać, to po paru minutach filmu, już jest w ramionach Grey’a. Bo najważniejsze, to być wiernym swoim przekonaniom…

Tak jak wspominałem, początek jest niezły, jak na film, który nazywa się Ciemniejsza Strona Grey'a. Owszem, są tu pewne głupotki, jak na przykład scena, w której Anastazja wstawia kwiaty do wazonu, po to by chwilę później rozważać wyrzucenie kwiatów wraz z wazonem wprost do śmietnika. Niestety jednak, w momencie, gdy na ekranie pojawia się Christian Grey, całość zaczyna iść do piachu. Pojawiają się głupie błędy logiczne, wątki, które próbują udawać, że są w jakimkolwiek stopniu dramatyczne, i cała kupa (pun intended) naprawdę okropnych dialogów.

Największym problemem filmu od strony fabularnej, jest brak jakiegokolwiek sensu, czy znaczenia. Każda historia filmowa ma klasyczną strukturę: Wstęp, Rozwinięcie, Zakończenie. Nawet pierwszy film miał i choć był paskudny, to przynajmniej za tą historią dało się nadążać. Ten film ma wstęp i nic poza tym. Reszta to przedłużana papka, do której dorzucane są poszczególne wątki dramatyczne, tylko po to by zniknęły po paru minutach. Mamy więc szefa, który podbija do Anastazji, po czym ten znika. Mamy zazdrosną dziewczynę, która znika po chwili. Mamy też katastrofę śmigłowca (tak, też się zastanawiam, jak się ona tu znalazła), tylko po to by po chwili dostać zapewnienie, że wszystko jest w porządku, i pan Grey żyje i ma się dobrze. Ten film tak usilnie próbuje wprowadzić jakiś element dramatyczny, ale po chwili go porzuca, jakby nie chciał przestraszyć widza, faktycznymi dramatami.

Bardzo mnie też denerwowało, jak bardzo twórcy filmu mieli gdzieś, jakąkolwiek chronologię zdarzeń. Ktokolwiek pracował nad tym filmem, kompletnie nie był zainteresowany sprawdzeniem tego, co miało miejsce w pierwszym filmie. Najlepszym tego przykładem jest scena, gdy Grey opowiada o swojej przeszłości. Niby fajnie, natomiast tutaj jest to traktowane, jakby Grey niezwykle otwierał się przed swoją lubą, a w rzeczywistości on opowiadał o tym już w pierwszym filmie. I nawet był z tym związany przekomiczny dialog, w którym Grey opowiadał, jak to ufa kobiecie, która go molestowała. I nie, wbrew temu co sugeruje film, Anastazja wtedy nie spała.

Rozbawiły mnie także, paniczne próby dodania jakiegoś dodatkowego tła do cierpień Christiana. W sequelu więc nasz socjopatyczny miliarder, otrzymał blizny po oparzeniach oraz flashbacki, których na 100% nie było w pierwszym filmie. Dlaczego? Nie mam bladego pojęcia i pewnie twórcy filmu też nie wiedzą.

Ale absurdalna fabuła to jedno, problem w tym, że postacie są drewniane do bólu. Pomińmy fakt, że cechy charakteru obu naszych protagonistów można policzyć na palcach ręki pijanego drwala, sami aktorzy sprawiają wrażenie, jakby nie przejmowali się swoimi rolami. Jamie Dornan jako Grey cały czas tylko stroi głupie uśmiechy, za każdym razem, gdy Anastazja zechce iść z nim do lóżka, a Dakota Johnson… Jezu… Dakota Johnson

Ona cały czas, absolutnie cały czas, brzmi jakby za chwileczkę, miała się rozpłakać. Nawet, wtedy gdy jest podobno taka stanowcza i zdecydowana, brzmi jak nieśmiała uczennica, która cały czas próbuje się postawić nauczycielowi, ale boi się konsekwencji. Szkoda jednak, że nie ma to przełożenia na jakiekolwiek zachowania jej postaci. Anastazja Steel w jej wykonaniu jest po prostu niewiarygodna i bynajmniej, nie w tym dobrym sensie. Choć nie tylko ona jest niezbyt osadzona w realiach rzeczywistości. Podobnie jest z motywacjami 'czarnych charakterów' tego filmu…

Na tym etapie, mógłbym pochwalić scenografię, albo muzykę, ale nawet to nie jest zrobione dość dobrze. W poprzednim filmie przynajmniej mogłem pooglądać jak Grey w każdej scenie, korzysta z innego modelu Audi. Tutaj, wszyscy jeżdżą tylko jednym modelem. Poza tym efekty specjalne są naprawdę fatalne, i tak, możemy w przypadku tego filmu pomówić o efektach specjalnych, wszak twórcy próbują nieudolnie pokazać katastrofę śmigłowca.

Muzyka zaś jest na jedno kopyto, co jest zabawne, patrząc na fakt, iż pochodzi od wielu różnych twórców. Wiele osób ją chwali, ja nie jestem taki prędki by przyznać za nią punkty. Po pierwsze, nie są one tak romantyczne jak próbują być, co w filmie, który aspiruje do miana Walentynkowego Przeboju, jest pewnym problemem. W pewnym momencie mamy nawet jakąś bardzo daleką pochodną dubstepu, akurat podczas sceny seksu. Już Heavy Metal jest bardziej romantyczny niż to coś. Drugi problem wynika z faktu, iż po prostu nie lubię tego typu muzyki. Pop to zdecydowanie nie moja bajka.

Myślę, że w świetle tych argumentów nikogo nie zdziwi moja nienawiść do tego filmu. Ten film to klapa wręcz spektakularnych rozmiarów. Fabuła nie ma sensu, jest nudna i na siłę dramatyzowana. Co do aktorstwa, widziałem kamienie, które były bardziej przekonujące. Audio i Video? W najlepszym razie poprawne, ale to za mało by uratować ten film…

Ciemniejsza Strona Grey'a to otwarty gwałt na kinematografii, choć to mnie w sumie nie powinno dziwić – wszak oryginalna książka, była na początku fan-fiction Zmierzchu…

Moja Ocena: 1/10


Jakub Kucharski
Bloger amator. Miłośnik kinematografii, wielki fan Christophera Nolana, maniak Toma i Jerry'ego.