Recenzja: Wielka wyprawa Molly

Wielkie animacje wierne jakiejś tradycji, nieprzeładowane bodźcami, czy najnowszymi technologami, pobudzające wyobraźnię, a nie rozleniwiające, to naprawdę coraz częściej w kinie archaizm. Najnowszym technologiom – czyli skrótom – nie dała się Wielka Wyprawa Molly. To naprawdę wielka animacja, która przypomina, że ma tę cudowną przewagę nad kinem fabularnym, że nie musi być zobowiązana wobec żadnych praw fizycznych ani dyktatury rzeczywistości.

Wszystko się rozchodzi o pojawienie się nowego członka rodziny w Potworowie. Molly po nocach robi na drutach przyszłej siostrzyczce lub braciszkowi czapkę, a jej przyjaciel Edison zaczyna być zazdrosny i przekonany, że zostanie zapomniany, kiedy dziewczynka przestanie być jedynaczką. Jajo zostaje zniesione przez mamę, ale jest pewna tradycja dla tego odrębnego świata. Z jajem trzeba pojechać do miejsca, gdzie przez kilka dni wysiaduje je ojciec, by wykluł się z niego nowy członek rodziny. Rodzice ruszają, muszą zostawić rozczarowaną Molly w domu z ekscentrycznymi wujkami – Alfredo i Santiago, którzy mają problem z upilnowaniem siebie, a co dopiero dziarskiej i inteligentnej dziewczynki (kobiety w tym filmie to sama siła i inteligencja, a nie różowe sukieneczki i kręcenie loczków). Ta decyduje się na nieprzewidywalną ani dla niej ani dla nas podróż, by dogonić rodziców. To, co na potyka na swojej drodze przypomina o tym, że w animacji wyobraźnia powinna być zbiorem nieskończonym… i tak też tutaj jest.

Wielka wyprawa Molly to prawdziwa demonstracja i wrzawa rozwiązań fabularnych pełnych dynamiki i zróżnicowania – nie ma czasu na zaczerpnięcie tchu, a nurkujemy w kolejnej krainie i feerii kolorów. Dla dorosłych napisałabym, że to gwarna wizji, której żadna dawka kwasu nie zagwarantuje. Pomysły się mnożą, jak i kolejne ciekawe postaci spotykane przez Moly i wiernego Edisona. Jest Kapitan, który wytatuowany i niby groźny ma zły humor, bo nie ma czasu na herbatę. Są Smyracze, które za zadanie mają gilgotać i rozdawać nastrój napotkanym. Jest też Mały Niip, który dużo nie mówi, ale okazuje dużo wdzięczności. Nie można zapomnieć o panach Bach i Trach, których nasza bohaterka spotyka po drodze. Są to bracia, którzy właśnie z powodu pokrewieństwa uważają, że powinni się kłócić. Wiele prawdy i mądrej edukacyjnej wartości prostej – nie infantylnej – jest w tych całkowicie wykreowanych i wymyślonych obrazach oraz sytuacjach.

Wielka Wyprawa Molly to skrzyżowanie Żółtej Łodzi Podwodnej z Baltazarem Gąbką – tradycji z surrealizmem, powszedniości i zdobywania nowych lądów. Jeżeli chcecie by waszemu dziecku i wam samym nie zanikła kreatywność, a została tylko podkręcona, to tutaj dostajecie farby i płótno oraz brak zasad.

Ocena: 7,5