Recenzja: Cienie

Filmy gatunkowe nie muszą być zawekowane w jednym haśle je określające, ale muszą spełniać pewne postulaty, by zrobić zaplanowane wrażenie na widzu. Cienie są pełne zacienionych i rozmazanych miejsc w fabule, narracji i prostacko potraktowanych konstrukcji bohaterów. To thriller, który swoimi niedopowiedzeniami ma budować napięcie i symulować wielką demaskację, tyle z wyobraźni twórców. Jednak okazuje się, że zamiast wielkiego wybuchu dostajemy wielkie nic. Ktoś coś trzyma za plecami zapewniając nas o niespodziance, a potem rozkłada bezradnie puste ręce.

Nasz główny bohater porządnie potknął się w swoim życiu. Były alkoholik, straciwszy pracę, jest gotowy podjąć się każdej, gdyż wie że jego życiorys nie jest najchwalebniejszy, a tylko rutynowe działania mogą odwrócić jego uwagę od nałogu. Dostaje pracę, która ma polegać na spisywaniu słów, które usłyszy z kaset dostarczanych przez swojego pracodawcę. Przychodzi codziennie do pustego, opuszczonego jak gdyby niedawno, pokoju, ma nie wdawać się w rozmowy z sąsiadami z budynku i rzetelnie wykonywać codziennie swoją pracę, nie zadając pytań. Nie brzmi jak rutynowy zawód. W przerwach chodzi regularnie na spotkanie AA, gdzie poznaje pewną dziewczyną. Kolejny punkt w banalnej fabule odhaczony, by potem tę młodą i zagubioną mało zgrabnie wykorzystać w sytuacji porwania. Brzmi znajomo?

Po drodze pojawiają się jednak komplikacje. Zupełnie niewinny niczemu bohater zostaje wplątany poprzez swoją bierność w morderstwo i kradzież. Chcąc unikać jakichkolwiek już problemów, wpada w te na „ogromną skalę”. Okazuje się, że sprawy sięgają dalej – układów politycznych i osób na wyższych stanowiskach.

Nasz bohater nie za wiele z tego rozumie. Gorzej, że my też nie. Czujemy się jak bohaterowie Tajne przez poufne, tylko tam to zostało potraktowane teatrem absurdu, maskaradą i kataklizmem totalnym. Tutaj postawiono na gatunek poważny, robiąc niechcący z niego parodię. Klisza goni kliszę i tyle z wyścigów, bo tempa i dynamiki tutaj niespecjalnie upatrzymy.

Cienie to grzeczne i posłuszne kino, które wypełnia jakieś podpunkty szkoły podstawowej swojego gatunku. Jest zwykły obywatel, który chce zmienić swoje życie i zostaje uwikłany w WIĘKSZĄ sprawę, a jego odwaga nagle absurdalnie wzrasta wraz z rozwojem sytuacji. Jednak taka przemiana bohatera szybciej spowoduje w nas pukanie się w czoło i głośny rechot, niż ukłon w stronę zwrotów akcji. Zwrot do jednak lepiej wykonać wchodząc do sali kinowej na Cienie, bo szkoda patrzeć na wielkiego Cluzeta, który nie ma co robić w tak udawanym kinie.

Ocena: 3/10