Recenzja: 24 tygodnie

24 tygodnie dosyć środkowe, który spokojnie kwalifikuje się do kolejnego filmu z serii „okruchy życia” i w subtelnym szantażu emocjonalnym, nadmiernie wystudzony opowiada historię jedną z wielu. A właściwie wcale nie taką obyczajowo i dramatycznie prostą, ale w tak niewzruszony sposób o niej prawi.

Historia opowiada o rodzinie, w której ma się pojawić nowy członek. Astrid występuje na scenie w z brzuszkiem, opowiadając bawiące tysiące ludzi historie. Mąż Markus to jej menadżer. Tak jak w stand-upie jej jest zabawnie, tak w życiu nagle wszystko ulega zmianie. Podczas wizyty kontrolnej ciąży, Astrid dowiaduje się, że jej dziecko urodzi się chore na downa. Rodzina nie panikuje, podchodzi do sprawy rozsądnie, przerywa zgodnie lekarce, kiedy ta wśród rozwiązań proponuje usunięcie ciąży. Odwiedzają ośrodek osób chorujących na downa razem ze swoim synkiem, a ich decyzja zostaje tylko podtrzymana. Nie planują przerywać ciąży, mimo że nie chcą tego nagłaśniać sprawa trafia do gazet, a sama Astrid to postać medialna. Dużo osób próbuje im uświadomić odpowiedzialność, jakby nie mieli pojęcia oraz ryzyko z tym związane. W pewnym momencie Astrid zbywając takie rozmowy, zaczyna się wahać i decyzja o urodzeniu nie jest już taka oczywiste. Na drodze pojawia się też kolejny problem zdrowotny ich dziecka. Mimo że jeszcze nie przyszedł na świat na start będzie obciążony downem i chorobą serca. To test dla rodziny, a sprawa urodzenia, która dotychczas wydawała się być niezachwiana z obu stron, teraz skręca w inne strony.

24 tygodnie to kino bez aplauzu i jakiejkolwiek amplitudy emocjonalnej. Nie wywołuje emocji ani trochę, gdyż jest bardzo posłusznie skonstruowaną historią o wątpliwościach w rodzinie podczas momentu podjęcia trudnej decyzji, która zadecyduje o reszcie ich życia. Nie chodzi o kwestie moralne, tutaj raczej obchodzi się z nimi na surowo i bez stronniczości – bardzo to oszczędne i inteligentne, ale za proste. Więcej tu o odpowiedzialności, a wydawałoby się stworzona z niezniszczalnego kruszcu rodzina, zdaje się chwiać.

Niestety, w dramat rodziny musimy, uwierzyć, bo w filmie jest on pokazany w zbyt pastelowych barwach i większy ciężar potrafią zbudować niektóre filmy podczas wyboru Oczywiście, nie musi być krzykliwie i intensywnie, by robiło wrażenie i czołgało, jednak jest po prostu nijak. Zakręty nie są ani ostre, ani nikt nie wpada w poślizg oraz wiadomo co za nimi jest. Trudny temat został ograny z dużą zgrabnością, ale z wygaszonymi emocjami, przez co nie wchodzimy tak daleko w historię jakby się przydało, by nawiązać kontakt i więź.

To jest jeden z tych filmów, kiedy nie masz powodu by go zwyzywać, bo jesteś zajęty ziewaniem, ale też nie masz za co pochwalić (za to, że nie masz powodów by zwyzywać może…). Ale to ta projekcja, po której czujesz że ktoś ci tylko narobił apetytu, jakimiś dobrymi zapachami namieszał w głowie, a ty siedzisz głodny.

Ocena: 5/10