Recenzja: Wojna o Planetę Małp

Serie filmowe mają to do siebie, że grożą im często przetarcia, blaknięcie i szybka utrata w podejmowaniu się pewnego tematu, chęci do bojowania o wartość artystyczną. Wojnie o planetę małp to nie grozi. To kino, w którym efekty działają w służbie narracji, by podnieść rangę powagi tego dzieła, a nie pokazać przepych i zagłuszyć fabułę – a ta jest sporych rozmiarów o charakterze warstwowym. To apokaliptyczne kino, gdzie są wybuchy – ale alegorii i symboli, poważnego animal studies i pamfletu na ludzkość. To obraz, który konsekwentnie jest przekonany, że o „gadających małpach” i końcu świata można zrobić rzecz ważną, a nie tylko widowiskową. Małpokalipsa ma kilka poziomów – jest na wszystkich konsekwentna i satysfakcjonująca.

Cezar, jest przywódcą gatunku małp, które nieustannie są dziesiątkowane przez ludzki gatunek. Ich populacja się zmniejsza, gdyż w mrocznych czasach, w którym umiejscowiona jest akcja, człowiek czuje zagrożenie z ich strony. Małpy są inteligentne, a nawet sami ludzi przyznają się do uczucia strachu przed nimi, że zostaną wyeliminowani – ewolucja będzie zbierać żniwo. Jednak narracja, gdzie podążamy za stadem małp, szybko nam uzmysławia ludzki egoizm przed utratą pozycji naczelnych w hierarchii. Ludzka dominacja, wraz z rozwojem sytuacji i przyglądaniem się zachowaniom małp, wydaje nam się być nieuzasadniona. To Cezar, przywódca, chcący ocalić swój gatunek wykazuje się litością wobec pojmanych żołnierzy i z przerażeniem patrzy jak ludzki gatunek sam unicestwia siebie i jako jedyny w przyrodzie wybija się sam, na dodatek niszcząc swój dom.

Podczas jednego z ataków na schronienie Cezara, jego rodziny i stada, ginie jeden z jego synów i żona. Rodzi się w nim chęć zemsty, odnalezienia pułkownika, odpowiedzialnego za zbrodnię na małpach, które nie chcą walczyć, dopóki nikt w nie nie celuje. Chce wyruszyć w samotną podróż, by pomścić śmierć ukochanych, jednak zabiera się z nim trzech kompanów – to lojalność. Po drodze ich gromada się zwiększy o niemówiącą nic dziewczynkę i kolejną małpę, która doprowadzi ich do istnego obozu zagłady – małpy budują tam mur dla ludzi.

Reżyser bez drogi na skróty ani większej otuchy dla gatunku ludzkiego, pokazuje katastrofalne konsekwencje postępującego antropocentryzmu i słowa „ludzie zachowujący się, jak zwierzęta”, czy „zwierzęta mają tutaj ludzkie odruchy” trzeba podważyć i zmienić. Nawet w języku zbudowana została przewaga człowieka nad zwierzęciem i o jej bezzasadności i do czego to doprowadza opowiada Wojna o planetę małp. Żadnej w tym krzywdy, że wojny tam niewiele, to batalia intelektualna, filozofująca o karmieniu ludzkiego ego przewagą nad innymi, z nastrojowością pustki moralnej przed ostateczną zagładą, niczym w kinie Terry'ego Gilliama.

Nie brakuje tutaj również odniesień do kultury, a film niczym Biały Bóg pokazuje wątpliwą klasyfikację gatunków. Ktoś odrobił lekcję w oparciu o „Portrety ludzi i zwierząt, a zagadnienie podobieństwa po Darwinie" Barcza, czy „Zwierzęcy punkt widzenia” Barataya. Obozowiska, w których pracują dla ludzi, w okrutnych warunkach, małpy, przywodzą na myśl obrazy z Auschwitz, tak samo chowanie się w kanałach, czy ich wędrówki. Religijny symbol krzyżowania też jest obecny. Cezar widzi te dantejskie sceny, a potem sam trafia na taki krzyż. W taki sposób wymierzona zostaje mu kara za nieposłuszeństwo i „podburzanie ludu”, niczym w Biblii.

Wojna o planetę małp to kino, które nie nadużywa technologii, a skupia się na historii, smutnej i okrutnej, nie pozostawiając nas obojętnymi wobec kataklizmu pokazanego na ekranie, którego autorami nie są wcale zwierzęta. Jest arcyciekawie zbudowana fabuła, to kino drogi, mamy planowanie ucieczki, dramat, intensywnie, kreatywnie i zachwycająco zbudowany świat. Jednak to przede wszystkim gęsty horror, który został tak umiejętnie zrobiony, że nawiązuje do sytuacji, która może wydarzyć się i w naszej rzeczywistości, a nie jest wyłącznie bezpiecznie oglądaną przez nas cudzą fantazją na ekranie. A wszystko podparte obawą o to, co teraz robi człowiek.

Ocena: 8/10