Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Happy End 0

Konsekwencja narracji u reżyserów i pewna sygnatura może zamienić się z kolejnych produkcji w jąkanie – sytuacje, gdzie możemy odróżniać następne produkcje autora tylko dzięki tytułom. Michael Haneke umiejętnie widzi granicę pomiędzy powtórzeniem, a obsesją obserwacji – potrzebną, inteligentną i wygimnastykowaną we wnioski. Chwyty, które stosuje i tematy, które forsuje w swojej nowej produkcji Happy End są nam już dobrze znane, ale jego ostrość widzenia ludzkiego egocentryzmu jako choroby dziedzicznej oraz emocjonalnej apatii w stoickim rytmie, nigdy nie przestanie być potrzebna. Bo cały czas temat jest aktualny. Reżyser dalej wprowadza nas skutecznie w zażenowanie nami samymi. To szorstko obnoszące się z nami, ale szczere kino.

Tym razem trafiamy w przyczajone i bardzo dobrze zakamuflowane epicentrum próżni uczuciowej rodziny, ewidentnie należącej do klasy wyższej. W Altmanowskim stylu dokonuje klinicznego przeglądu ubytków niewidocznych na pierwszy rzut oka w rodzinie. Jednak paralelnie do konstrukcji bohaterów, surowo i chłodno, reżyser dryluje naszych bohaterów, a właściwie prowokuje sytuacje, w których sami się demaskują. Dziewczynka, której mama przedawkowuje leki i umiera, kręci filmik jak zabija chomika. Trafia do ojca, z którym nie miała od dłuższego czasu kontaktu – i nie zanosi się na wpadanie w ramiona po latach. Będzie mieszkać w dobrym domu, gdzie wszyscy wiedzą jak używać sztućców, ale nikt nie wie jak języka do komunikacji. Ojciec prawdopodobnie romansuje na boku, dziadek zdecydował że wystarczy mu już życia, natomiast jedna z jego córek ma problem ze swoim synem, który powtarza, że planuję robić „nic”. Ta nie potrafi okazać mu wsparcia, robi to pokracznie, jak wszyscy tutaj biorący się za wysiłek empatycznego zachowania wobec bliskich.

Film nie jest wylewem uczuć negatywnych, scen dramatycznych, rozkrzyczanej degrengolady. Wręcz w ascetyczny i posągowy sposób, w połączeniu z anemiczną narracją doprowadza do "niby bez komentarza" obserwacji ludzi bez jakichkolwiek uczuć. Happy end jest pełen braku uczuć i dysleksji serc w bardzo spójnej i logicznej oraz niepokojąco spokojnej i zrównoważonej narracji.

Haneke ani przez chwile nie rozrzedza sytuacji, wszyscy są egoistyczni i praktyczni, a jeżeli ktoś komuś powie coś tutaj miłego to brzmi jakby się niechcący mu „wymknęło, chlapnęło”. To dyskretny brak uroku burżuazji i nikt nie robi tutaj nic – w tej pustce czai największy smutek. Reżyser znowu diagnozuje, ale nie daje skierowania i nie mówi co dalej. A przewrotny tytuł Happy end nie wydaje się możliwy do osiągnięcia w życiu. Gorzko – gorzkie umyślnie zdystansowane i wielopoziomowe kino. Wieje od tego świata chłodem – a to ten tutaj świat.

Ocena: 8/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…