Nowe Horyzonty: Twój Vincent

Nie trzeba mieć magistra z historii sztuki, czy być wielkim fanem malarstwa, by znać postać Vincenta van Gogha. A jednak oglądając film, któremu bliżej do określenia dzieło sztuki, fabularyzowana wystawa malarska, Twój Vincent nie ważne ile wiemy, nie umniejsza to naszego zachwytu produkcją. To animacja stworzona wizualnie stylem sztuki bohatera filmu – impresjonizmem. Ale na szczęście to nie jest wyłącznie popis wielkich zdolności i ciężkiej, kreatywnej pracy, a z zacięciem kryminalnym poetycka i bardzo niekonwencjonalna, ale przede wszystkim czuła biografia o prekursorze sztuki nowoczesnej.

Historia zaczyna się rok po śmierci Vincenta van Gogha. Nie ma tutaj żadnych nekrologów, wikipediowskich tendencji, budowania pomnika czy składania widocznego na kilometr hołdu. Nasz bohater Roulin, syn listonosza zostaje posłany przez ojca, by dostarczył ostatni list jaki napisał malarz – a w nielicznych przerwach od stawania przy płótnie, zasiadał właśnie do papieru. Ostatnia korespondencja nadana przez Vincenta ma być dostarczony jego bratu Theo, jednak ten zginął niedługo później. Bohater wyrusza w podróż, która ewoluuje z dostarczenia listu komuś z jego rodziny, bliskiej osobie, do obsesyjnej wręcz próby tak naprawdę rozwiązania zagadki, która nie jest do rozwiązania – co znajduje się w głowie artysty. Chociaż pozornie Roulinowi chodzi o dojście do prawdy okoliczności śmierci Van Gogha, gdyż nie może uwierzyć, że tak utalentowany człowiek odebrał sam sobie życie.

Oczywiście pierwszy poziom zachwytu produkcją pojawi się poprzez niekonwencjonalne podejście do animacji – Dorota Kobiela i Hugh Welchman zdecydowali się namalować ten film. Nieprzypadkowo mamy wplecione obrazy artysty oraz inne stworzone spójnie w jego stylu artystycznym kadry. Jest to wykonane z taką maestrią i nie zwalnia aktorów z wysiłku zagrania swoich ról, że widz ma ochotę podejść do ekranu i dotknąć go, by się przekonać czy to nie sztaluga, czy nie ubrudzimy się farbą.

Na szczęście ten film nie cierpi na chorobę – efekt zakneblował usta narracji i fabule. Obsesja, by wyjaśnić historię śmierci malarza rośnie w Roulinie coraz bardziej, a informacje, które uzyskuje doprowadzają go do poczucia bezsensowności i prawdziwego smutku – odebrania życia sobie samemu nie da się racjonalnie wyjaśnić, można poczuć tylko bezsilność szukając odpowiedzi na pytanie: dlaczego to zrobił. Nawet jeżeli to zaplanowana decyzja, to wszyscy dopiero po fakcie zaczynają coś zauważać, domyślać się i standardowo diagnozować sytuację, a w przypadku Van Gogha podjęło się tego, po jego śmierci, do dzisiaj około 150 psychiatrów.

Jednak największą zagadką w tym filmie okazuje się nie być dosyć prosto zbudowana akcja rozwiązywania sprawy enigmatycznej śmierci bohatera, bo wiemy od początku jaki był powód. Największy znak zapytania jest w kontekście tego, co działo się w nim samym. W tej sytuacji nawet najlepszy detektyw nie znał odpowiedzi. Dlatego Loving Vincent jest tak poruszający i sympatia prawdziwego, głównego bohatera (nieobecnego, bo nieżyjącego) do koloru żółtego wcale nie uśmierza bólu. Dlatego Roulin pochyla się nad bohaterem tak, jakby sam przeżywał stratę. Zagadką tutaj jest głowa artysty, nie umyślnie trochę pretekstowy i „udawany” kryminał.

Ocena: 8/10