Recenzja: Jestem Rosa

Feministycznych produkcji, spod szyldu girl power jest coraz więcej – tendencja wzrostowa -tylko się cieszyć! Jednak tym większe wyzwanie przed twórcami, by wprowadzić nową narrację i dalej być zwinnym fabularnie. Jestem Rosa udaje się to bardzo pobieżnie, ponieważ jest tutaj mnóstwo mądrych zdań, wręcz postulatów, tylko że wydają się odczytywane z kartki przez naszą główną bohaterkę i film zanoszący się na wichurę emocji, jest lekkim chuchnięciem, z małą pojemnością płuc.

Rosa to kobieta, która uważa się za feministkę. Jej pierwsza kwestia przy obiedzie rodzinnym, gdzie opowiada o zjadaniu przez kobiety męskiego mięsa, może coś już sugerować. Jednak jej matka, zapatrzona po uszy w jej mężu, oczywiście zamienia rodzinny obiad w przeciąganie liny, umniejsza jej pracę (bohaterka pisze różne zlecenia, w po nocach scenariusz) i całkowicie redukuje jej osobę do matki i żony, jakby te czynności wykluczały feminizm albo były wręcz obowiązkiem każdej, „normalnej” kobiety. Przy okazji, wśród uniesień, między obiadem, a deserem, mówi córce, że Rosa ma innego ojca biologicznego. To wywróci życie bohaterki do góry nogami i każe jej zadać powtórnie pytanie o swoją tożsamość i przedefiniować swoje życie.

A przynajmniej tak nam się wydawało, jednak gdzieś twórcy zaniechali tego wątku. Nie tylko to im wypada z rąk. Bardzo dzielnie i mądrze opowiadają o kobiecie w rozkroku, która zastanawia się czy zajmowanie się domem nie odbiera jej cech silnej i niezależnej kobiety. Ciekawe jest, że bardzo wyobraża siebie jako taką, jednak wybrnąć z obecnego układu nie potrafi albo pogodzić swoją postawę z gotującymi się w niej namiętnościami i potrzebami. Ten konflikt o pogodzeniu dwóch światów jest ciekawym zagadnieniem, jednak prostolinijne opowiedzianym. Mąż ratuje świat, ona czuje się umniejszona. Rosa wręcz mówi, jakby z pamięci wyuczone postulaty feministyczne, jednak nie potrafi ich wcielić w życie – tylko ten tragizm dnia powszedniego nie przenosi się na nas – nie nawiązujemy emocjonalnej relacji z tym filmem. Można pomyśleć, że jej spotkanie z biologicznym ojcem i brak kontynuacji tego, to sprytna zagrywka manewrująca nami, gdyż jesteśmy przekonani, że to o tym będzie historia. Jednak zamiast tego, nie ma tutaj za wiele. Cały czas tkwimy w „zaraz” naszej bohaterki. Jestem Rosa to solennie wykonana robota w konwencji kameralnej historii z pytaniem o definicję feminizmu, gdzie ktoś wyobraża sobie kim zostanie jak będzie duży… tylko że już jest.

podpis pod obrazkiem

Nadzieje wobec tego filmu można mieć ogromne, bo dużo obiecuje, jednak z czasem staje coraz bardziej ckliwy, przewidywalny, stereotypowy i bezpłciowy. Miejmy nadzieję, że scenariusz, który pisze bohaterka jest ciekawszy i sięgający głębiej, niż film Jestem Rosa.