RECENZJA: Linia życia

Życie po śmierci interesowało filmowców, interesuje i interesować będzie. Tylko, czy filmy wynikające z tej obsesji poszukiwań, będą interesujące dla widza? Linia życia ma swoje skoki ciśnienia, ale generalnie niestety jest to długa i prosta linia przez większość produkcji. To quasi horror, ale tak naprawdę dosyć banalny moralitet, o tym, że nie warto pogrywać ze śmiercią i przekraczać pewnych granic. Przekaz chwilami jest bardzo infantylny i po prostu – nudny.

Historia opowiada o grupie, zaczynających swoją przygodę medyczną, lekarzy, którzy zbliżą się do siebie poprzez szalony pomysł jednej z bohaterek – Courtney. Jest zafascynowana, a wręcz obsesyjnie zastanawia się nad życiem po śmierci i istnieniem takiego zjawiska. Zwołuje dosyć szybko i skutecznie ekipę ze studiów do piwnicy szpitala, by pomogli jej „umrzeć na chwilę”. Wszystko w celach naukowych. Aparatura ma zarejestrować działanie jej mózgu, a potem koledzy mają ją przywrócić do życia. Wdziera się trochę paniki, stresu, umiejętności częściowo zanikają wśród trzęsących się dłoni, kiedy zaczyna dziać się to naprawdę, ale udaje się opanować sytuację i Courtney wraca do żywych. W tym czasie razem z nią widzimy czego doświadcza, będąc „po tamtej stronie” – unosi się ponad światem, jakby latała, opowiada później że odczuwała wręcz erotyczną przyjemność. Wszyscy po tym dziwnym doświadczeniu są lekko przerażeni, ale również podnieceni i wierzą, że mogą stać się przyszłością medycyny jako ci, który odkryli życie po śmierci. Courtney w noc po odwiedzeniu zaświatów, piecze 6 bochenków chleba, przebiega 19 km i przypomina sobie najdrobniejsze szczegóły w książce, dzięki czemu bryluje wśród kolegów i koleżanek. Oczywiście, są następni chętnie w kolejce – traktują to w pewnym momencie jako patent – mogliby oferować usługę: odejdź na chwilę ze świata, by wrócić lepszym i szczęśliwszym.

Entuzjazm jednak ustępuje dziwnym sytuacjom, które zaczynają przytrafiać się na początku oczywiście Courtney. Już wiemy do czego to zmierza. Cała brokatowa atmosfera przygody opada, a zastępują ją skutki uboczne, które przekraczają ich wyobrażenia oraz wiedzę medyczną. Nie towarzyszą im halucynacje, to coś o wiele więcej. Nagle pojawia się wątek fantasy, wmuszony w fabułę mało zgrabnie i też niespecjalnie atrakcyjnie poprowadzony – wpraszając się do świata zmarłych, bohaterowie otworzyli drzwi. Okazuje się, że zostają ukarani. Każde z nich doświadcza prześladowań ze strony postaci, która jest powiązana z grzechem, błędem jaki w życiu popełnili. Żeby uratować się, muszą oczywiście naprawić swoje błędy.

To bardzo prosta, niewymagająca produkcja. Światy realne nie są nadmiernie atrakcyjne, te poza również. To równie dobrze mógłby być kilkuodcinkowy serial, który niestety ma za mało do zaoferowania w budowie i wizualności, by być sci-fi, ale jest na tyle zgrabny by obejrzeć go bez nadmiernego rozczarowania. Nie dowiemy się niczego nowego, mamy bohatera zbiorowego, nie pogłębione portrety psychologiczne, trochę przygodówkę na poziomie licealnym, która flirtuje z horrorem. Chwilami robi się też nadmiernie ckliwie, kiedy poruszony zostaje wątek przeszłości bohaterów.

Linia życia nie posiada żadnych zawijasów fabularnych, nie gimnastykuje się, by być czymś więcej. Krew wolno krąży, puls słaby, a ci żywi też tacy ledwo.

Ocena: 4/10