RECENZJA: Dziecko Apokalipsy

Kino filipińskie to dalej (niestety) jednak pewna nisza dla polskiego widza. Wydaje nam się być nieczytelne ze względu na głębokie osadzenie w obcej dla wielu z nas kulturze, która komunikatywnie jest odległa od naszej. Często też pojawia się szybkie przyłączenie tego do kina trudnego, w różnych znaczeniach tego słowa, ale raczej nie przyciągających. Doskonałym przełamaniem tej bariery dla nas i pewnych barier dla bohaterów, jest film Dziecko apokalipsy, którego tytuł jest bardzo wymanewrowujący. Wiele jest w tym filmie w ogóle przewrotności. To kino mówiące o trudnych sprawach, rodzinnych rozliczeniach z przeszłości w sposób delikatny, tkany lekko, ale nie gubiący ciężaru i rozmiaru sytuacji. Przy tym to piekielnie mądre i wysmarowujące refleksją każdą, najbardziej niewinną i kameralną chwilę.

Znajdujemy się w miejscu przywodzącym na myśl beztroskę i takich też bohaterów "pozornie" poznajemy. Baler, to miejsce pełne złocistego piasku, atmosfery niekończących się wakacji i kojącego szumu morza. Jakie problemy mogą istnieć w takim świecie? Jednak to bajka, a jak wiemy, te zawsze kończą się za szybko w życiu. To nie życie na fali, a wyluzowane życie serfującego bohatera (każdy surfer jest wyluzowany przecież) to jednak wiele trudnych spraw z przeszłości, od których odpływa (dosłownie i w przenośni). Frod ma dziewczynę, błyskotliwą, charakterną i bezpośrednią i przekroczył z nią, ku zaskoczeniu własnej matki, cztery spotkania, a to w jego przypadku rekord. Nie jest bawidamkiem, tylko zdezorientowanym chłopakiem, którego legendą poczęcia żyje całe miasto. Imię nie jest przypadkowe – jego ojcem jest sam Francis Ford Coppola, który kręcił w tym miejscu przez kilka dnia Czas apokalipsy, a przynajmniej tak mówią. Matka Forda statystowała i urodziła syna bardzo wcześnie. W związku z tym bliżej jej do przyjaciółki, niż do matki. Niby to takie "cool", ale wiele rzeczy pozornie fajnych się tutaj zdemaskuje.

Wektor historii, z niezobowiązująco mijających dni, zmienia pojawienie się przyjaciela Forda sprzed lat z narzeczoną o urodzie modelki. Tutaj zaczyna się małymi kroczkami zakradać przeszłość. Jednak reżyser nie robi tendencyjnej histerycznej konfrontacji, a pokazuje jak ludzie kochają unikać poważnych tematów i rozliczeń oraz kumulować wszystko w środku. A jednocześnie nienawidzą siebie za to, gdyż to sprawia ból. Relacje zaczynają się bardzo gmatwać, a ludzie zagubieni popełniają błędy. Mówią rzeczy, których nie czują i nie mówią tych, które czują – to clue tego filmu i główny problem. Bardzo konsekwentnie psychologicznie, bez zapożyczeń, reżyser opowiada nam tę historię.

Ważny jest też tutaj wątek dziewczyny Forda, gdyż to ona jest tak naprawdę narratorką. Fiona w pewnym momencie nie wytrzymuje i celnie podważa tę irytującą ją mistykę, w której żyją wszyscy i uważa że w przypadku tej rodziny to zamiatanie spraw pod dywan i synonimem tego słowa jest dla niej po prostu obłuda, ułuda. Nie jest w stanie żyć w raju tymczasowym, woli w prawdziwym życiu, ale z gwarancją jego stałości. A tutaj symbolicznie, jak z przypływem, raz raj jest, a raz go nie ma.

To też kino, które zmienia nam optykę myślenia o filmach, gdzie pada słowo plaża i surferzy. Czujemy, że obejrzymy kolejną niekończącą się imprezę albo niskobudżetowy horror. Przewrotnie, wśród pięknych i konsekwentnie wizualnie skonstruowanej przestrzeni, jest dużo bólu, tylko, że trzeba zanurkować. A nasz Ford i większość bohaterów lubi pływać na wodzie, niż pod. Tak samo dzieje się z kinem filipińskim, obalanie przyzwyczajenia widza – raz mamy poetyckie chwile i celebrację każdego zdania, ale większość to kace, kłótnie i zwykłe ludzkie zachowania oraz brudy, które nosi ze sobą każdy człowiek. Nieważne ile razy wskoczy do wody.

Dziecko apokalipsy umiejętnie pokazuje, jak ciężko rozliczyć się z przeszłością i tak naprawdę przyznaje się, że nie wie, czy jest to możliwe. Traktuje człowieka jako stworzenie nieprzewidywalne – takie jest też to kino – spontaniczne. To film pięknie symulujący lekkość bytu, z czasem udowadniając że byt zawsze waży więcej, jak się z nim naprawdę skonfrontujemy. Bez niezrozumiałości kulturowych różnic, to filozofia do uniwersalnej refleksji, podana w pięknych warunkach, która stawia na końcu też znak zapytania. Kilka poziomów wrażliwości, które się wzajemnie nie wykluczają tylko opowiadają piękną i trudną historię, bez niepotrzebnie wysoko podniesionej głowy.

Ocena: 8/10