KAMERA AKCJA: November

Gusła i czarna magia, zabobony i okultyzm. „November“ sięga daleko, w czasy pogańskich podań i legend, tworząc artystyczny naturalizm magiczny. I choć na wielu płaszczyznach można doszukiwać się tutaj art house’owego horroru na modłę Czarownicy, najnowszy film Rainera Sarneta to spełniona bajka ludowa z Estonii. Empiryzm walczy tutaj z materializmem, a karnawał z postem – wszystko w konwencji dzieł Geothego czy rodzimych, mickiewiczowskich ballad.

Pomimo głębokiego zakorzenienia w estońskim folklorze, „November“ sytuuje się jako psychodeliczny trip w krainę leśnych demonów i złamanych serc. Tyleż w nim grozy, co groteski – film nie ma bowiem straszyć na wzór konwencji klasycznego horroru. Twórcom chodzi bardziej o zniesmaczenie odbiorcy, wydobycie odrazy wobec ukazanych materialistów – naturalistycznych chłopów-cwaniaczków, którym widły zawistnego sąsiada wystają z pleców oraz szpetnych raszpli, złorzeczących na Boga Wszechmogącego i bliźniego swego.

Leśne duszki czy demony, wilkołaki i inne gusła osadzone są w pogańskiej mitologii i estońskich legendach. Na tej płaszczyźnie „November” może wprowadzać w zakłopotanie pewnymi motywami czy kodami kulturowymi, dalekimi od rodzimych interpretacji czy ogólnej stygmatyzacji. Jednak pod przerysowaną warstwą fantastyczną kryje się uniwersalny komentarz, wymierzony w stronę współczesnego społeczeństwa.

Świat przedstawiony można podzielić na dwa światy – ludzi kierujących się uczuciami oraz tych, którzy sens życia odnajdują w konsumpcji i niezdrowej chęci posiadania cudzego dobra. Ukazana ludność spędza swój dzień na knowaniach, stając w szrankach przeciw sobie. Nie straszne im konszachty z diabłem czy lokalna wiedźma. Groteskowy naturalizm dodatkowo przerysowuje ich szkaradną naturę, a także zabobonność. W gruncie rzeczy bowiem „November” to cyniczna karykatura współczesnego społeczeństwa, eksponująca każdy grzech konsumentów i konformistów, a w szczególności potworną obłudę.

Z drugiej strony widz otrzymuje tutaj postromantyczny traktat o miłości niespełnionej. Oniryczna atmosfera, upiorny las i elementy groteskowego okultyzmu znakomicie oddają ducha „Króla Olch” i innych dzieł klasycznych romantyków.

Niestety, artystyczna wizja wpada momentami w kicz, a zbyt wyeksponowana czarna komedia rozrasta się do odpychających rozmiarów, jakby dotychczasowy brud, smród i głębokie bruzdy dostatecznie na zarysowały übernaturalistycznego stylu widowiska.

„November” jest tytułem tyleż oryginalnym, co przewrotnym – wyciągającym każdy brud ludzkiej duszy i przerysowujący go do gombrowiczowskiej przesady. Wybierając między Bogiem a Szatanem, chłopi z Estonii ruszą za rogatym – są źli do szpiku kości i do dna portfela, do tego obleśni tak, że egzystują niemal na skraju gatunku ludzkiego.

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Filmoznawca. Fan kina niekonwencjonalnego, oderwanego od ogólnie obowiązujących schematów. Mimo to ogląda wszystko, co tylko wpadnie mu w ręce – począwszy od produkcji klasy B, skończywszy na nowofalowych naleciałościach każdego z europejskich krajów. Redaktor na FDB.pl. Założyciel i redaktor naczelny na portalu 35mm.pl.