Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: The Party 0

Są filmy o charakterze kuli śnieżnej albo rozmowy po alkoholu dwóch panów, którzy na początku lekko bełkotliwie wymieniają sprzeczne opinie, by potem zacząć się wzajemnie do nich przekonywać. Jednak po następnej kolejce, decydują się na fizyczne zmuszenie już drugiego do swojej racji i nagle jedno uderzenie uruchamia lawinę: wszyscy biją wszystkich. Wszyscy mają powód, bo sfrustrowany jest każdy. Taka jest, coraz bardziej niecierpliwa, sytuacja w The Party. Z kolejnego spotkania bliższej i dalszej rodziny, dochodzi do demaskacji wściekłości, sytuacja ewoluuje z występu unplugged do rockowego finału, gdzie każdy gra swoją melodię rozczarowania. Dom spotkania zamienia się we front walki i każdy trafia na linię ognia, ale w jak inteligentnym i rytmicznym stylu.

Janet organizuje spotkanie u siebie w mieszkaniu, by uczcić sukces! Została ministrem zdrowia. Mamy do czynienia z klasą inteligencką. Odwiedzają ją przyjaciółki, wyzwolone lesbijki, które mają radosną nowinę do oznajmienia. Jest też tutaj jedna z najbliższych jej osób od lat – bardzo skutecznie przedstawiająca swoje zdanie i feministyczną postawę w każdym temacie, nie odpoczywając od sarkazmu ani przez chwilę – April – ze swoim mężem Gottfriedem. Ten natomiast jest jej antypodą. April dawno zdusiła jego męskość pod swoim obcasem na ostrym słupku. On wierzy w medycyną alternatywną i każde uduchowione zdanie jakie pada z jego ust, zostaje skrytykowane przez żonę ciętej riposty. Pojawia się również lekko poddenerwowany, należący do rodziny, Tom. Jest bankierem, więc wszyscy są święcie przekonani, że chodzi o jakąś sytuację w pracy, jednak jego żona się spóźnia, a on sam na początku wizyty sprawdza czy broń, którą ma w kieszeni jest naładowana, a potem ładuje w siebie kreskę kokainy. Raczej nie po to, by wytrzymać nudne spotkanie rodzinne, bo te z owym słowem nic wspólnego nie będzie miało. Najspokojniejszy, ale budujący natomiast w widzu niepokój, jest mąż nowej pani minister zdrowia – Bill, który słucha muzyki, wstaje jedynie ze swojego miejsca po dolewkę alkoholu lub po to, by zmienić płytę. Ten najspokojniejszy osobnik, zburzy spokojną atmosferę skutecznie i nieodwracalnie! To miała być impreza, ale w innym tego słowa znaczeniu.

Let’s go party! Nie trzeba iść zabawić się na miasto. Co domek, to potworek. Niczym w Rzezi Romana Polańskiego, czy Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, w jednym budynku, zaczyna konfrontować się ze sobą mnóstwo skrajnych emocji, przetasowań charakterów, nikt z czasem nie czuje się, ani nie wygląda już tak samo. W groteskowej stylizacji i bardzo artystycznym formacie, aktorzy zdejmują maski, a właściwie najbliżsi sobie ludzie okazują się być dalej od siebie z każdym wypowiedzianym zdaniem. Myślimy, że za chwilę szyby popękają, a drewno zajmie się ogniem od szału, jaki ogarnia poszczególne postaci. Nie jest to tylko rewolucja i ewolucja, czy wojna domowa, a światopoglądowa. Mit intelektualisty upada, umysł pewnymi emocjami zostaje znokautowany i żadna zjadliwa uwaga nie jest tak satysfakcjonująca, jak zareagowanie siłą. Dzieje się to tak szybko, zachowując jedność czasu, miejsca i akcji. Sprawy, które wychodzą w mieszkaniu na jaw, są niczym w porównaniu z postępowaniem bohaterów – zdrowy rozsądek kołyszący nas na początku, powoduje mdłości, a na końcu, w mieszkaniu mamy ludzi, którzy poddadzą pod wątpliwość wszystkie swoje wartości. Ma to ogromny charakterek i wyjątkową atmosferę.

Na dodatek jest to wybornie zbudowane oraz przedstawione przede wszystkim gwałtownym, nieprzewidywalnym ruchem oraz kierunkiem słowa, dialogu, który z układania inteligentnych zdań przez klasą wyższą, zamienia się w krzyk. Wysoki poziom spotkania i statusy obecnych, zamieniają się w wysokie decybele. Mamy też zgrabnie, w tym kameralnym szczęku oręża, przeforsowanego symboliczne Czechowa – Jeśli w pierwszym akcie sztuki na ścianie wisi broń, to w ostatnim akcie koniecznie musi wystrzelić.

Czarno-białe umaszczenie filmu jest dodatkowym komentarzem, jak ludzie skomplikowani i złożeni, okazują się być o wiele prostsi. Dzieje się tak, kiedy sytuacje, na które bohaterowie są niegotowi, sprawią, że zapomną swoich ról. W obliczu cudzego kłamstwa i zagubienia, człowiek zachowuje się jak zwierzę, instynkty zaczynają dominować. The Party to party animal, którego rozmachu nikt się nie spodziewa.

Ocena: 8/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…