Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: Jestem najlepsza. Ja, Tonya 1

Biografia kontrowersyjnej postaci, która ma charakter, żywioł i arcyciekawy życiorys, nie brzmi jak wyzwanie dla reżysera do realizacji czegoś hipnotyzującego i z rozmachem, a raczej wyzysk. A taka jest historia Amerykańskiej łyżwiarki Toni Harding. Jednak nie zostaje wykorzystana do prostego "żerowania" na postaci i stworzenia historii kontrowersyjnej. Mimo że w centrum Jestem najlepsza. Ja, Tonya mamy oczywiście bohaterkę, to jest wiele innych, ważnych tematów poruszanych dotyczących przewrotności sławy, tego co się dzieje za kurtyną i amerykańskiej klasowości. Na dodatek dawno na ekranie nie było biografii tak niestandardowej, sięgającej bez tremy po inne gatunki i tworzącej kino, które wyobraźnią twórczą topi ten lód.

Zaczyna się od stylistyki paradokumentu. Poznajemy w wąskich kadrach w punkcie centralnym, przepytywane osoby, uczestniczące w historii Toni, z nią samą na czele. Kadry niczym z Xaviera Dolana są za chwilę przecięte rock and rollowym i bardzo energicznym opowiadaniem o początkach łyżwiarskich 3-letniej dziewczynki i błyskawicznym udowodnieniu ludziom, jak uzdolniona jest nasza bohaterka. Matka popijając kawę z „prądem” i popalając na trybunach podczas treningów córki mobilizuje ją będąc złym gliną. Toni nie słyszy komplementów nigdy, więc żyje w przekonaniu, że musi więcej, bardziej i lepiej, a jej matka jest z tych, które boją się powiedzieć: jestem z Ciebie dumna, czy chociaż wyszeptać słowo: dobrze. Chłód emocjonalny dziedziczony tłumaczą chęcią, by ich dzieci były ambitne i nie powtórzyły ich historii. Na Toni to działa, ale z jakimi konsekwencjami. Świat na lodzie jest o wiele prostszy dla naszej bohaterki, niż poza. Nie wpisuje się w wyobrażenie Amerykanów o łyżwiarkach figurowych. Sama szyje stroje, potrafi przeklinać i wejść w bójkę z własnym mężem – przemoc nie jest dla niej obcym pojęciem. Nie jest wychowana na kruchą, porcelanową laleczkę, a kobietę ostrą, jak jej łyżwa. Z drugiej strony, myśli że przemoc w rodzinie to rzecz naturalna, dlatego wpada w patologiczne małżeństwo, do którego mieszkania listonosz z pocztą przychodzi rzadziej, niż wzywa się policję.

Bardzo ryzykowną strategię obiera Craig Gillespie do prowadzenia tego opowiadania. Wprowadza naprawdę groteskowy humor, prowadzi akcję i bohaterów tak, że czujemy jego wielką sympatię do kina braci Coen. Za chwilę robi piruety w kinie skuteczne i odważne, jak Toni – dodaje akcję, wątek kryminalny, a dramatyczne sceny nie mają znamion przerysowanego patosu. Jednak emocje nie tracą na sile poprzez tego kameleona gatunkowego, bo jest w tym konsekwentny. Sprawdza się w każdej stylistyce, którą obiera. Kiedy nasza bohaterka bije się ze swoim mężem, a w tle leci zupełnie nieadekwatna muzyka, to ten zabieg spełnia zadanie i się uzasadnia – dla Toni to chleb powszedni. Jednak kiedy jesteśmy przed występami, rytm bicia serca przyspiesza i widzowi i Toni. Poczucie humoru się wycofuje, reżyser chowa zabawki, by pokazać, że niezależnie od całego cyrku, który towarzyszył jej historii, urodziła się by jeździć na łyżwach.

Mimo bardzo egocentrycznego tytułu filmu, produkcja ma wiele odnóg analitycznych i socjologicznych obserwacji. Mówi dużo o konsekwencjach pierwotnej socjalizacji w przyszłości i wychowywaniu kobiet na „ofiary” od wielu lat przez najbliższych. Dzieciństwo i dorosłość są od siebie odległe tylko w latach, nie w nawykach. Poprzez niestandardowy wizerunek Toni, jej umiejętności i ponadprzeciętny talent często były marginalizowany. Ameryka potrzebowała w kobietach łyżwiarkach piękna, ogłady, przykładu, oraz by reprezentowały porządne wartości rodzinne. Toni miała być chodzącą reklamą, tubą do forsowania mitu amerykańskiego snu i wysokich standardów życia w kraju tylu możliwości. Wspomina się też tutaj inteligentnie o złośliwości popularności i tym, jak w jednej chwili cię podrzucają do góry skandując twoje imię, a w drugiej rozchodzą się, a ty spadasz na ziemię słysząc dalej swoje imię, ale w parze z obelgami.

Dodatnią wartością dla filmu jest też bezstronność reżysera w kontrowersyjnym życiu łyżwiarki. Nie jest przez to przezroczysty, ale obecny nie ze swoim zdaniem, a umiejętnościami twórczymi. Nie osądza, a referuje tę historię językiem pełnym nadpobudliwości, ale też wielkiej mądrości.

Jestem najlepsza. Ja, Tonya to kino o człowieku i systemie, współpracy z nim lub stawaniu naprzeciw. Ten film sięga o wiele dalej, niż historia łyżwiarki. Ma wydźwięk o wiele bardziej uniwersalny. Zdanie początkowe jest bardzo wymowne i tak naprawdę gorzkie – jestem najlepsza – to wcale w życiu niczego nie zagwarantuje. Ten film jest tym, czym potrójny axel w łyżwiarstwie.

Ocena: 8/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 1

befree 2018-02-28

Dla mnie film nie był aż tak dobrze zrobiony, jak jest to opisane w powyższej recenzji. Choć faktycznie to biografia ciekawie zrobiona (i co bardzo mnie urzekło i Pani Bernadetta też na to zwróciła uwagę – pewna bezstronność w opowiadaniu historii) i środkami nieoczywistymi, to do wybicia się wysoko ponad inne tego typu produkcje czegoś mi zdecydowanie zabrakło. Ps. Ciekawie napisana recenzja, lubię czytać recenzje, przy których łapię się na tym, że odkryto coś czego ja nie dostrzegłem świadomie a tylko poczułem w trakcie seansu

Proszę czekać…